Jak dbać o paznokcie, by były piękne i zdrowe?

Październik 30, 2013 31 komentarzy
Dzisiaj mam dla Was trochę nietypowy post. Dostaję mnóstwo pytań dotyczących tego, jak dbam o paznokcie i dlaczego są takie zdrowe i długie. Jako córeczka lekarzy najpierw się wymądrzę – żadna cudowna odżywka nie zastąpi prawidłowej diety i witamin. Niezbędne są Wam: wapń, żelazo, witaminy z grupy B, witaminę A, biotynę, kwas foliowy oraz krzem, cynk i magnez, a także nienasycone kwasy tłuszczowe. Osobiście nie jestem idealnym przykładem zdrowo odżywiającej się blogerki, ale staram się uzupełniać witaminowe zapasy łykając wszystko, co znajdę w domu 😉
 
Oto mój sezam. W tym pudełku znajdują się wszystkie odżywki, lakiery, top coaty i ozdoby do paznokci jakich aktualnie używam. Staram się na bieżąco wywalać wszystko, co choćby lekko przysycha i wszystko, czego nie używałam w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Nie będę Wam zawracała głowy prawidłowym obcinaniem (głównie dlatego, że nie ma czegoś takiego), ani prawidłowym piłowaniem (ile kobiet, tyle sposobów), przejdę więc od razu do sedna sprawy, czyli do odżywek.

Proszę wycieczki, powyżej widzimy moją paznokciową apteczkę. Nie jest kompletna, ponieważ ostatnio zaopatrzyłam się w świetny utwardzacz z żelazem paese, który jeszcze bardziej poprawił stan moich paznokci. Do tej pory używałam produktów ze zdjęcia wyżej. Nail expert jest idealną bazą pod lakier, nie powiedziałabym jednak, że wiele zmienił w moim życiu. Ma co prawda kilka zalet, np. kosztował 6zł i zawiera witaminę A. Przełomowym również nie okazało się regenerum. Koszmarnie długo się wchłania, a na moich paznokciach nie zdziałał cudów. Być może bardziej zniszczone płytki byłyby dla niego lepszym polem do popisu, ja jednak nie planuję powtórnego zakupu. 

Na szczególną uwagę zasłużyły według mnie rossmannowe odżywki Lovely, których używam od czasów liceum. Nie ukrywam, że początkowo kupiłam je, bo miały śliczne kolory, urocze buteleczki i były śmiesznie tanie. Na szczęście nadal są. Moja ulubiona to różowa odżywka w żelu. Mam wrażenie, że co miesiąc zmienia nazwę, dlatego nie staram się nawet jej zapamiętać. Bardzo łatwo się wchłania i ma przyjemny zapach. Najlepsze efekty przynosi stosowana codziennie, jednak to niestety wyklucza malowanie paznokci jakimkolwiek lakierem. Pomarańczowej „efekt sztucznych paznokci” (nie wiem co autor miał na myśli, nie zauważyłam takiego magicznego efektu) stosuję często jako bazę pod lakier, żeby chronić paznokcie przed odbarwieniami. Wymiennie z nail expert manicure z resztą, zależnie od tego, który z nich akurat nie został podprowadzony przez moją mamę. Bezbarwny utwardzacz jest chyba najsłabszym ogniwem całego trio, zdecydowanie wolę ten od paese. Szybko schodzi i rozlewa się na skórki.
Cokolwiek nie wybierzecie, pamiętajcie żeby nigdy nie zapominać o bazie, malowanie lakierem po „gołej” płytce paznokcia grozi ich osłabieniem i paskudnymi odbarwieniami. 

Nadszedł czas na lakiery. Nadal nie mogę się zdecydować, jaka firma zajmuje pierwsze miejsce na mojej TOP liście. Popularne ostatnio essie mają wiele zalet, piękną paletę kolorów, idealnie wyważoną konsystencję i są bardzo wydajne. Nie jestem w stanie policzyć, ile razy malowałam paznokcie bladoróżowym lakierem, ale jak widzicie, niewiele go ubyło. Ich wadą jest oczywiście cena, chociaż Modna-Komoda na swoim fanpage ostatnio chwaliła się stronką, która oferuje je w rozsądnych cenach, polecam zajrzeć! Trzeba też przyznać, że bez top coat’u nie trzymają się wcale tak dobrze. Jak już wydaję tyle kasy na lakier do paznokci, to chciałabym przynajmniej, żeby przeżył te pięć dni i raczył nie odpryskiwać, mam rację?

O, a to jest nowy wynalazek essie. Lakier brokatowy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jest supergęsty i wydajny. Wystarczy jedna warstwa (a nie dziesięć) żeby uzyskać pożądany efekt. W końcu każda z nas lubi czasem zabłysnąć 😉 Jego jedyną, ale niestety ogromną wadą jest… trwałość. Jeszcze trochę kleju i można go ochrzcić lakierem permanentnym! Wiem, że każdy brokatowy lakier ma to do siebie, ale poważnie, zmywając to cudo klęłam na czym świat stoi i teraz wszyscy moi sąsiedzi już wiedzą, że nie polecam paznokciowych brokatów. 

Mój drugi numer jeden, jakkolwiek to brzmi, to niezastąpione lakiery Golden Rose. Kiedy mieszkałam na Pradze, odkryłam ich butik firmowy, w Galerii Wileńskiej. Od tamtej pory stał się moim nałogiem i zebrałam ich w domu tysiące. Na zdjęciu możecie zobaczyć moje ulubione kolory. GR mają też inne kosmetyki, ale na szczęście dla mojego portfela wyprowadziłam się z Pragi i nie miałam okazji ich przetestować. Co mogę o nich powiedzieć z czystym sumieniem, są to najtrwalsze lakiery z jakimi miałam kiedykolwiek do czynienia. Czasami zdarza mi się nosić jeden kolor przez tydzień i jedyny uszczerbek jakiego doznaje manicure to starte końcówki. Serio! Polecam każdemu z całego serca! Dodatkowym bajerem jest linia care+strong, nie mam pojęcia czy faktycznie coś daje, czy jest to efekt placebo, ale mnie kupili. Nie mogłam się też powstrzymać przed zakupem brokatowego, multikolorowego. Producenci zmywacza marki tesco powinni zacząć składać mi hołd. 

Następny w kolejce jest Astor. Niby kupuję te szybkoschnące, ale nie ufałabym im zbytnio. Mają za to niezawodny, niezastąpiony pędzelek, dzięki któremu mogę pomalować moją gigantyczną płytkę za jednym zamachem! Ok, trochę się rozpędziłam, ale pędzelek zdecydowanie ułatwia życie. Paleta kolorów jest bardzo ciekawa, znalazłam wśród nich mój pierwszy szary lakier (na zdjęciu wyszedł liliowy). Jeśli chodzi o trwałość, powiedziałabym, że są przeciętne. Na szczęście bez tragedii.

Na podium załapały się też lakiery Manhattan, głównie dzięki pięknym, pastelowym odcieniom, których nigdzie indziej nie znajdę. Nie narzekałam nigdy na ich odpryskiwanie, natomiast cena pozostawia nieco do życzenia. Nie lubię wydawać dużo na lakiery, wolę często zmieniać kolor niż używać ciągle tego samego tylko dlatego, że wydałam na niego xxx zł. 

Ostatnią marką, wartą uwagi, jaka znajduje się w moim magicznym pudle pełnym skarbów jest Rimmel. Na pierwszym planie mój ulubiony, wakacyjny kolor czyli koral. Szybko schnie, trzyma się bez zarzutów i nie kosztuje fortuny. Pomarańczowy brokatowy natomiast to jakaś porażka, fatalnie kryje i nie wiem, ile trzeba położyć warstw, żeby uzyskać taki kolor jaki widzimy na zdjęciu. Niebieski pozostawię bez komentarza, to wina zdjęcia, nie mam niebieskiego lakieru. Błękitny essie wygląda wystarczająco dziwnie.

W gimnazjum i liceum, kiedy jeszcze miałam niezmierzone pokłady wolnego czasu, uwielbiałam bawić się w małą kosmetyczkę i malowałam wszelkie możliwe wzorki na paznokciach. Patrząc na stare zdjęcia tych arcydzieł jestem pełna podziwu dla samej siebie. Teraz już chyba tak nie potrafię. I nie mam czasu. I nie chce mi się. Tak czy inaczej, jeśli ktoś lubi takie formy uprawiania sztuki, mogę Wam polecić kilka linerów, czyli lakierów z cienkimi pędzelkami. Inglot jest o tyle fajny, że oprócz pędzelka ma jeszcze aplikator w formie cienkiej rureczki, jak korektor. Jest niesamowicie precyzyjny, ja natomiast nie jestem fanką tej marki. Wibo natomiast ma do zaoferowania bogatą gamę barw, setki odcieni jednego koloru i generalnie wszystko czego dusza zapragnie. Dostępny oczywiście w starym, dobrym rossmannie. 

Co na koniec? Oczywiście top coat. Jeśli chcecie, żeby wasz manicure trzymał się dłużej, polecam moje stosunkowo niedawne odkrycie – Sally Hansen. Nie przypuszczałam, że top coat odgrywa tak dużą rolę, jeśli chodzi o żywotność lakieru. Przy odrobinie szczęścia maluję teraz paznokcie co 1,5 tygodnia. Biały marker, to korektor do lakieru marki Killys, dostępny na przykład w Tesco. Dzięki niemu nie muszę się męczyć z patyczkami higienicznymi nasączonymi zmywaczem i nie przepłacam za korektor z Inglota. Ma wymienne wkłady, chociaż zużyłam dopiero jeden, a mam już go rok, więc jest większa szansa, że go zgubię, niż że się skończy i będę musiała kupić nowy.
A dlaczego na zdjęciu jest jeszcze Inglot PRO dry & shine? A właśnie po to, żebyście go przypadkiem nie kupili! Faktycznie wysusza lakier bardzo szybko i nawet coś tam nabłyszcza, ale to wysuszenie jest tylko pozorne. Lakier jest miękki i łatwo sobie odcisnąć jakiś ciekawy wzorek (u mnie najczęściej włosy, które odgarniam na bok). Jak widzicie wylałam cały i nie będę za nim tęsknić. Leży teraz samotnie na jakimś wysypisku śmieci. 

Wygląda na to, że to koniec historii. Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam tą pisaniną i że coś z tego Wam się przyda przy następnych zakupach. Jeśli macie jakieś pytania, sugestie, opinie, czekam na Wasze komentarze! Napiszcie też koniecznie, czy chcecie żeby takie wpisy również pojawiały się na blogu i o czym chcecie tu czytać.