Najtrudniejsza decyzja, jaką musiałam podjąć

Grudzień 6, 2017 17 komentarzy

Sterylizacja, czy też kastracja psa to temat rzeka. Zdania na ten temat są praktycznie tak podzielone, jak na temat programu 500 plus. Jedni uważają, że taki zabieg to niepotrzebna ingerencja i okaleczanie zwierzęcia, inni są zdania, że każdy pies czy kot trzymany jako zwierzątko domowe powinien być wykastrowany, aby nie przysporzyć sobie niechcianych niespodzianek. Jest też trzecia grupa, umiarkowani zwolennicy zabiegu czyli “suka powinna raz urodzić”. Cóż, Tosia nigdy nie rodziła i nie będzie miała już takiej możliwości. W listopadzie pomyślnie przeszła zabieg kastracji. To była trudna decyzja, jak dotąd najtrudniejsza jeśli chodzi o odpowiedzialność za wszystkie moje zwierzęta od początku świata.

A czy to była dobra decyzja? Racja jest jak dupa, każdy ma swoją i nie będę nikogo przekonywać, że moja racja jest najmojsza. Co więcej nie jestem nawet w 100% pewna, że dokonałam właściwego wyboru. Może nigdy nie będę. Pewnie nie każdy to wie, ale w umowie adopcyjnej każdego schroniska czy porządnej fundacji widnieje obowiązek sterylizacji / kastracji adopciaka. Jeśli zwierzątko, które chcemy adoptować nie miało jeszcze przeprowadzanego zabiegu, będziemy musieli się zobowiązać do jego wykonania. Czasem zdarza się, że schronisko nie wydaje zwierząt przed kastracją (na przykład paluch nie wydaje rasowych psów ani suczek zdolnych do rozmnażania). Takie procedury mają na celu zmniejszanie liczby bezdomnych zwierząt oraz zapobieganie nielegalnym hodowlom (pseudohodowlom). Nie musisz jedynie wykonywać zabiegu u zwierzęcia z rodowodem, zakupionego w hodowli. Oraz takiego które porwałeś, ukradłeś, albo kupiłeś nielegalnie na olx, czy przygarnąłeś z ulicy.

Tosia została adoptowana z jednej z zarejestrowanych, warszawskich fundacji, a co za tym idzie, zobowiązałam się do tego, że poddam ją sterylizacji (a w zasadzie kastracji, bo wycięcie narządów to w przypadku obu płci kastracja i tylko potocznie mówi się, że suczka jest sterylizowana). Co to oznacza? Co by było, gdybym tego nie zrobiła? Teoretycznie gdyby spotkała nas kontrola (wizyta poadopcyjna) fundacja mogłaby rozwiązać umowę, a my stracilibyśmy psa. W praktyce nie sądzę, że to naprawdę się zdarza. Podejrzewam, że nowy właściciel jest w takim przypadku nakłaniany w jakiś sposób do zabiegu. W naszym przypadku obyło się bez nieprzyjemności, bo po pierwsze żadna kontrola nigdy do nas nie zawitała (a minęły już ponad dwa lata od adopcji), a po drugie dobrowolnie zdecydowaliśmy się na zabieg.

Nasz proces decyzyjny trwał ponad dwa lata. Rozważaliśmy wszystkie za i przeciw. Kompletnie nie znamy się na weterynarii, korzystaliśmy więc z popularnych i łatwo dostępnych źródeł informacji. Kastracja ponoć zaburza gospodarkę hormonalną, powoduje ryzyko nadmiernego przyrostu wagi, jest kosztowna (niektóre fundacje refundują zabieg, ale my nie ubiegaliśmy się o żadne zapomogi), a w dodatku niesie za sobą cierpienie ukochanego członka rodziny i rekonwalescencję. Co więcej, suczce po sterylizacji czasem zmienia się charakter. Strasznie się baliśmy, że nasza Tosia stanie się leniwą kluchą. A już w ogóle panicznie się bałam, że nie wybudzi się ze znieczulenia (to była jej pierwsza operacja). W zasadzie to był główny powód, dla którego tyle zwlekałam. Przeczytaliśmy niezliczone ilości materiałów w sieci, rozmawialiśmy też z lekarzami weterynarii. W efekcie końcowym przeważyły zalety zabiegu. Tosia już nigdy nie będzie miała cieczki, odpadło ryzyko ropomacicza, raka sutków i urojonej ciąży. Nie będzie niechcianych szczeniaków po nieznanym ojcu, których być może nikt by nie chciał, bo przecież nie są rasowe.

Byłabym w stanie żyć z faktem, że moja ukochana psinka jest gruba i nic jej się nie chce, natomiast na pewno nie wybaczyłabym sobie, gdyby odeszła w męczarniach chorując na raka, a ja mogłam temu zapobiec (wiadomo, że zabieg nie chroni jej przed wszystkimi chorobami świata, ale wyżej wymienione nowotwory są ponoć często spotykane wśród niekastrowanych suczek).

Zabieg Tosi przeprowadzono w przychodni Salvet w Warszawie. Przed operacją trzeba było wykonać badanie krwi (najlepiej kilka dni przed zabiegiem, bo musi być aktualne). Lekarz poinformował nas o postępowaniu w dniu zabiegu (pies ma być na czczo i nie pić wody bezpośrednio przed). Sam zabieg trwał kilka godzin – narkoza podana o 14:00, a odebrałam maleństwo około 18:00. Zapłaciliśmy 450 zł plus badania, czyli wyszło nieco ponad 500 zł. Następnego dnia mieliśmy się pokazać na kontrolę, a po 10 dniach na zdjęcie szwów. Cały ten czas psinka nosiła specjalny kaftanik, żeby nie rozdrapała sobie szwów. Tosia była bardzo dzielna, chociaż pierwsze 3 dni były dla nas trudne. Najgorsza oczywiście pierwsza doba, ponieważ pies piszczy, nie wie co się dzieje, nie może za bardzo chodzić ani tym bardziej skakać. Spaliśmy z nią na kanapie na zmiany, przestała skamleć dopiero około 3 rano (pewnie ze zmęczenia). Kolejne dwa dni były znacznie lepsze, nie piszczała, ale też nie wychodziła ze swojego posłanka. Trzeba było wynosić ją na dwór, a i tak nie chciała spacerować. Dopiero trzeciego dnia wyszła na własnych łapkach, ale też bez większej ochoty. Potem było już tylko lepiej. Po zdjęciu szwów okazało się, że blizna jest bardzo malutka i pięknie się zagoiła.

Minął miesiąc od zabiegu i nie zauważyliśmy żadnych zmian w zachowaniu Tosi. Póki co jest tak samo energiczna i skora do zabawy jak kiedyś oraz tak samo zazdrosna i rozszczekana. Faktycznie ma większy apetyt, więc trzeba pilnować, żeby nie jadła dwa razy więcej niż przed operacją. Mam nadzieję, że ten stan się utrzyma i nic się już nie zmieni. Cieszę się, że nie musimy się martwić o cieczkę i szczeniaki. U nas plusy przeważyły nad wadami.

Ten artykuł nie powstał po to, żeby kogokolwiek namawiać na sterylizację, ani komuś ją odradzać. Nie jest to tekst ekspercki, nie jestem weterynarzem i piszę tylko o swoich subiektywnych odczuciach i spostrzeżeniach, o które czytelnicy pytali mnie na instagramie. Możecie kulturalnie wyrazić swoją opinię w komentarzach, zapraszam do podzielenia się swoimi uwagami. Jestem też ciekawa, czy kastrowaliście swoje zwierzaki?