Lumpeksowe zdobycze ostatnich tygodni i gdzie chodzę do ciuchlandów w Warszawie?

Lipiec 27, 2017 29 komentarzy

Za każdym razem, kiedy pokazuję Wam swoje lumpeksowe zdobycze na insta stories, dostaję od Was dziesiątki pytań jakim cudem, jak Ty to robisz oraz gdzie są takie lumpeksy? Dzisiaj przy okazji prezentacji najnowszych zdobyczy (wszystko kupiłam w ciągu ostatnich 3 tygodni) zdradzę Wam kilka swoich lumpeksowych sekretów.

Jak kupować na wagę?

Kupowanie ubrań w lumpeksach na wagę było dla mnie nowością. W Lublinie prawie wszystkie lumpy mają wyceniony towar! Nie znaczy to wcale, że jest tam drożej (często wręcz przeciwnie). Po prostu na wschodzie ubrania kupuje się na sztuki, nie hurtowo. Po przeprowadzce całkowicie zarzuciłam wycieczki do szmateksu, które w czasach liceum były moją tradycją. Chodziłam na łowy co tydzień, głównie dla sportu i przyjemności. Kupowałam byle co, czasem wracałam z pustymi rękami, czasem ze szmatką do samodzielnej przeróbki. Różnie się to kończyło, ale właśnie w ten sposób nauczyłam się kupować w ciuchlandach. Po tym jak zamieszkałam w Warszawie, musiałam się tego nauczyć (prawie) od nowa. Z pomocą przyszła mi Asia, z którą rok temu zaczęłam chodzić na lumpeksowe spacery i to właśnie ona pokazała mi, że nie taka ta waga straszna. Po pierwsze w każdym szmateksie macie wagę kontrolną, z której można korzystać. Jest na niej wbita cena dnia więc nie trzeba bawić się w równania krzyżowe – wystarczy położyć swoją rzecz, żeby dowiedzieć się ile zapłacicie (ja myślałam, że będę musiała to liczyć za każdym razem). Nie bójcie się jej, nikt na Was nie będzie patrzył krzywo jeśli zważycie coś, a potem stwierdzicie, że jednak nie jest tego warte! Oczywiście łatwiej nauczyć się…

Ile to jest tanio, a ile to jest drogo?

Oczywiście to przychodzi z czasem, ja na początku kompletnie nie wiedziałam, kiedy opłaca się wejść do lumpa, a kiedy lepiej w ogóle odpuścić. Umówmy się, to są używane rzeczy (chociaż zdarzają się nowe z metkami), nie ma sensu za nie płacić stówę za kilogram! Ja w ogóle nie wchodzę tam, gdzie cena wynosi powyżej 60 zł za kilogram. Zakładam że robię to dla sportu, więc nie zapłacę 50 zł za sukienkę z lumpa. Dobra cena w Warszawskich ciuchlandach zaczyna się od ok. 42/45 zł za kilogram, na wyprzedaży natomiast obowiązuje obniżka nawet do 15 zł. Na takiej wyprzedaży sukienkę kupisz za 5/7 zł, bluzkę za 3 zł, a apaszkę ze zdjęć niżej kupiłam za całe 30 groszy. W większości szmateksów do jakich chodzę wywieszona jest rozpiska z nowymi dostawami (polecam odpuścić – bitwa o szmaty może Was kosztować życie) a także z wyprzedażami. Ja prawie zawsze skupiam się na wyprzedażach i tańszych dniach, bo mogę spokojnie poprzeglądać sobie ubrania bez obawy, że wyjdę z podbitym okiem. Poza tym jestem zdania, że najlepsze rzeczy i tak na mnie poczekają!

Które szmateksy są najtańsze i gdzie ja chodzę?

Ceny w lumpie w Warszawie (chyba wszędzie w Polsce?) zależą od dnia. W dzień dostawy cena jest najwyższa, potem sukcesywnie spada aż do dnia wyprzedaży, gdzie możemy obłowić się za grosze. Pamiętajcie, że ludzie w większości nie znają się na ubraniach. Nie chodzę na dostawy, mało tego, w większości przypadków odwiedzam lumpy w dzień ostatecznej wyprzedaży i zawsze dla mnie zostają kaszmirowe swetry, jedwabne bluzki i apaszki, podczas gdy panie obok biją się o poliestrową bluzkę w panterkę. Zazwyczaj nie opłaca się walczyć o to, co wszyscy chcą mieć. Dlatego też nigdy nie chodziłam do obleganych lumpeksów. Pamiętam, że wszystkie koleżanki w Lublinie chodziły na Wrońską, Wolską i na Jana Pawła, tymczasem ja odwiedzałam tylko i wyłącznie zapomniany, na pierwszy rzut oka beznadziejny lumpeks na targu na Wileńskiej i zawsze wynosiłam stamtąd same perełki (na przykład moje słynne różowe spodnie z wysokim stanem za 6 zł). Nie chodziłam nigdzie indziej (do dziś zdarza mi się tam zajrzeć, kiedy jestem w rodzinnym mieście). W Warszawie kieruję się tą samą zasadą. Wiem, że koleżanki znajdują na Targowej markowe płaszcze i jeansy, ale jeśli mam coś założyć dwa razy do zdjęć, a potem zapomnieć o tym, to nie chcę płacić za to 200 zł i w dodatku usłyszeć gratis od mojego taty “na bank ktoś w tym umarł!”. Wracając do tematu, zamiast Targowej wybieram lumpy gdzieś blisko mojego domu. Na Mokotowie jest ich sporo, koło centrum handlowego Sadyba są dwa albo trzy gdzie też zaglądam. Jest też Szmizjerka (sieć) gdzie są droższe, ale lepsze ciuchy. Co chcę Wam powiedzieć, to to, że nie ma znaczenia tak naprawdę gdzie pójdziecie. Mam koleżanki, które chodziły ze mną do tych samych sklepów i nigdy nie udało im się nic znaleźć. Ważne, żeby nauczyć się…

Na co zwracać uwagę?

Wstawiłabym tu kilka swoich mądrości, ale MissFerreira kilka tygodni temu wyczerpała temat. Zajrzycie do podlinkowanego tekstu, przy okazji dowiecie się, gdzie są jeszcze fajne lumpy w Lublinie. Od siebie dodam tylko, że staram się wybierać lekkie rzeczy, oglądam je dość pobieżnie (w końcu większość plam potrafię wywabić, a i z małą dziurką sobie poradzę) a przy cenie 15 zł za kilogram w ogóle nie opłaca się stresować takimi rzeczami. Stawiam na ciekawe wzory, dobre materiały i ładne kolory. Raczej nie oglądam każdej rzeczy po kolei i chyba nigdy nie przymierzyłam nic w lumpeksie (fuj!). To co na mnie nie pasuje, zazwyczaj bardzo szybko znajduje nowy dom (tak jak sukienka z czwartego kolażu, która jednak była za duża). Raczej myślcie o tym, czy w ogóle będziecie mieć okazję i odwagę, żeby założyć szałową, oczojebną, cholernie obcisłą sukienkę (taką która też wisi u mnie w szafie od 3 tygodni) bo kupić coś, nawet za grosze i nie nosić to żadna sztuka.

Bajkowa tiulówka za 9 zł, nadawałaby się na panieński, na poprawiny, a ja na nią mam już inny pomysł, ale póki co Wam nie powiem!  Bawełniany top, w którym nie wiem dlaczego, ale zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Ma dłuższy tył, jest z dobrego materiału i… kocham paski. Zapłaciłam za niego 4 zł. Szorty też z lumpa, niestety nie pamiętam ile za nie dałam ale z pewnością mniej niż 10 zł. Dokładniej widać je na kolażu niżej.
Welurowa spódniczka miała małą dziurkę na gumce, po wewnętrznej stronie. Założyłam chyba słusznie, że nikt mi w majtki nie będzie zaglądał? Jeszcze natomiast nie doszłam do tego, czy będę miała odwagę ją nosić. Zielona apaszka za 30 groszy służy jako ozdoba do torebki, ożywia nawet najpoważniejszy model. Ostatnio nosiłam ją do czarnej Prady i wygląda super! Biały top z baskinką czekał na mnie długo, bo miałam do niego aż 3 podejścia i doczekał do końcowej wyprzedaży. Super się w nim czuję i cieszę się, że jednak go wzięłam (za całe 3,50).  To właśnie za duża sukienka i szorty ze zdjęć z pasiastym topem. Niepokoi mnie ta dziura lekko, ale cóż. Będę musiała wziąć się za swoje udka. Niedługo zacznę wyglądać jak kurczak z KFC… Ten top z falbaną (Zara Basic, 3 zł) wygląda znacznie korzystniej na żywo, musicie mi uwierzyć. Zdjęcia robiłam na szybko – pierwsze tuż po zakupie, wymięty, przed praniem i z urwanym guzikiem z tyłu, drugie po naprawie, ale też nieuprasowany i ze źle dobranym stanikiem, tylko na potrzeby tego wpisu. W każdym razie wygląda ślicznie i to zdecydowanie mój kolor! Kolejna (i ostatnia na dziś) rzecz, która na mnie czekała. Tydzień temu widziałam go w lumpie z Anią i totalnie nie ogarnęłam, że to kombinezon (byłam pewna, że sukienka). Miał urwane ramiączko więc byłam prawie pewna, że nikt go nie weźmie. Na wszelki wypadek wepchnęłam go jeszcze głębiej między bardzo-niemodne-sukienki i voila! Kupiłam go wczoraj za 5 zł. Ramiączko jest już jak nowe, zdążyłam go wyprać i zrobić dla Was zdjęcia. Dopiero wkładając go do zdjęć zorientowałam się, że to wcale nie jest sukienka (nawet lepiej dla mnie przy tej długości). Teraz widzę, że muszę obciąć jeszcze jedną zwisającą smętnie nitkę i będzie idealny na lato (które chyba przyjdzie za rok…)

Pisząc ten tekst wpadło mi do głowy, że mogłabym pokazać na zdjęciach, albo w stylizacjach, wszystkie najlepsze łupy mego życia. Ale nie wiem czy chcecie w ogóle coś takiego oglądać i czy kogoś to interesuje, więc koniecznie dajcie znać w komentarzach a także napiszcie, czy jakiejś informacji w tym wpisie brakuje. Udanych łowów!