5 – dniowy detoks sokowy na własną rękę – nasze doświadczenia

Sierpień 3, 2017 25 komentarzy

Jeśli śledzicie mój instagram i oglądacie stories, wiecie, że zaledwie przedwczoraj zakończyliśmy z narzeczonym nasz mały-wielki projekt – pięciodniowy detoks sokowy. O tej diecie słyszeliśmy już od dawna i to same pozytywne opinie. Poleca ona na oczyszczeniu organizmu za pomocą specjalnie skomponowanych soków. Tak, dobrze czytasz, przez pięć dni pije się tylko soki. Było trudno, ale zdecydowanie da się. Dzisiaj krótko o tym skąd pomysł na detoks, skąd go wziąć, ile to kosztuje i jak się czuliśmy na tej diecie.

Po powrocie z Azji chcieliśmy nadrobić zaległości jedzeniowe i towarzyskie z całego półrocza. Wrzucaliśmy w siebie obrzydliwe ilości jedzenia (pizza, pierogi, pierogi, pizza) i wlewaliśmy nieprzyzwoite ilości alkoholu (bo w końcu z każdym trzeba iść na piwo i opowiadać jak było!). Już w czerwcu zaczęliśmy odczuwać skutki takiego trybu życia. Oboje czuliśmy się ciężko i krótko mówiąc nieatrakcyjnie. Nie dość, że moja wspaniała azjatycka figura odeszła w zapomnienie, to jeszcze szybko zbladłam. Efekt? Sama zaczęłam wyglądać jak te kluski, które w siebie wrzucam. Czas powiedzieć stop!

Na pomysł detoksu owocowo-warzywnego wpadł Łukasz (pewnie Was to zdziwi). Sam miał już dość tego jak wygląda i jak się czujemy. Do wyboru były dwie opcje: zamówienie gotowych soków, które przywożone są dla Ciebie na tej samej zasadzie co dieta pudełkowa (to dobra opcja dla zapracowanych, ale dla nas zbyt kosztowna, bo koszt takiego detoksu dla jednej osoby to około 700 zł) lub wykupienie dostępu do aplikacji z planem diety i robienie ich samodzielnie. Oczywiście wybraliśmy się na zakupy i rozpoczęliśmy detoks na własna rękę. Ściągnęliśmy aplikację Jason Vale’s 5-Day Juice Challenge (dostępna na appstore i w androidzie za około 20 zł). Znajdziecie w niej listę zakupów na wszystkie dni tygodnia, przepisy na soki wraz z ich kolejnością (czyli cały plan diety) i dodatkowo filmiki motywacyjne, których ja jednak nie oglądałam. Cały plan wydał mi się sensowny, kupiliśmy więc sokowirówkę i przystąpiliśmy do działania! Blender, sokowirówka i aplikacja, to wszystko, czego potrzebujecie aby zacząć.

 Ile to kosztuje?

Koszt całego przedsięwzięcia to koszt blendera (jeśli go nie macie) więc ok. 100 zł + koszt sokowirówki (min. 170 zł ale taką właśnie my mieliśmy i dała sobie radę) + koszt aplikacji 20 zł + koszt zakupów. U nas wyglądało to mniej więcej tak (weźcie pod uwagę, że pierwszego i ostatniego dnia kupiliśmy jakieś produkty niezwiązane z detoksem oraz to, że zimą ceny owoców i warzyw mogą być wyższe):

Postanowiliśmy na bieżąco notować nasze samopoczucie, aby o niczym nie zapomnieć i na koniec łatwiej zebrać to wszystko w całość. To krótkie, kilku-zdaniowe podsumowania każdego dnia:

Detoks oczami JEJ

Dzień pierwszy:

Rano czuję się dobrze i jestem pozytywnie nastawiona do tego całego przedsięwzięcia. Koleżanki uprzedziły mnie, że pierwsze dwa dni są najgorsze, ale ze mną jest wszystko ok. Nic mnie nie boli. Po południu jest gorzej – zaczyna mnie boleć głowa i nie wiem, czy to wina detoksu czy tego, że zbliża się burza, a ja na każdą zmianę pogody reaguję fatalnie. Nie czuję się bardzo głodna, ale zaczynam obsesyjnie myśleć o pizzy. Idę spać lekko głodna i strasznie zmęczona.

Dzień drugi:

Czuję się świetnie, nic mnie nie boli i nie odczuwam głodu. Myślę jeszcze o pizzy, ale mniej niż wczoraj. Nie boli mnie głowa. Wieczorem staję przed sporym wyzwaniem – umówiliśmy się ze znajomymi, którzy JEDZĄ i PIJĄ, w dodatku nie wodę. Z tego starcia wyszliśmy zwycięsko, chociaż zmyliśmy się z imprezy przed 21. Poszliśmy spać głodni, ale czułam się super!

Dzień trzeci:

Obudziliśmy się oboje o 5 rano i pojechaliśmy na spacer o wschodzie słońca nad jezioro Czerniakowskie. Było pięknie, chociaż po wszystkim wróciliśmy okropnie głodni. Nadszedł też kryzys, zaczęłam mieć dość soków. Trudno było mi wcisnąć w siebie kolejnych pięć. Opadłam z sił, co dodatkowo było spotęgowane pierwszym dniem okresu, którego niestety nie przewidziałam. Czułam się jak kret potrącony przez traktor i pierwszy raz pożałowałam tego całego pomysłu z detoksem. Dobrnęłam jednak do końca dnia, chociaż chyba wtedy zjadłam ćwiartkę niezmielonego jabłka.

Dzień czwarty:

Przeszła mi ochota na niezdrowe jedzenie, za to na soki już poważnie nie mogę patrzeć. Nie czuję już wcale głodu, bo organizm się przyzwyczaił. Jest upał, ale mimo to wybieram się z koleżanką na bardzo długi spacer po lumpeksach. Czuję się dobrze i nie pamiętam o uciążliwości detoksu. Mimo to organizm domaga się stałego pokarmu i dzień czwarty to jedyny dzień kiedy zjadam „awaryjnego banana”. I tak jestem z siebie dumna, bo zrobiłam to tylko raz.

Dzień piąty:

Soki budzą we mnie wstręt, zastanawiam się poważnie nad strajkiem głodowym. Jest 1 sierpnia i panuje niesamowity upał, a ja nie będę mogła iść na obchody rocznicy Powstania Warszawskiego. Nie mam z kim iść a boję się, że na sokach i w upale zemdleję i znikąd pomocy. Pocieszam się, że to ostatni dzień i jakoś dociągam do końca. Mam milion pomysłów na posiłki na resztę tygodnia.

Podsumowanie:

Cały ten detoks pokazał mi, że moja silna wola jednak istnieje i że potrafię trzymać na wodze swoje zachcianki. Nauczyłam się pić więcej wody, bo do tej pory było to dla mnie sporym wyzwaniem. Najtrudniejsze okazało się przyjmowanie tak dużej ilości soków, bo nie jestem wielbicielką smoothie i szejków. Dla mnie jedyną właściwą formą truskawek są truskawki, nie rozciapana widelcem breja ze śmietaną i cukrem (aczkolwiek szanuję gust osób w przeciwnym obozie). Problematyczna też bywała konieczność częstych wizyt w łazience, bo detoks zmniejsza pojemność żołądka, ale niestety nie zwiększa pojemności pęcherza. Ogólnie jednak cały projekt nie jest nie do zniesienia i mówi to osoba, która na co dzień niczego sobie nie odmawia, nie była nigdy na diecie i nie ma dobrej kondycji fizycznej.

Schudłam, chociaż wiem, że jest to chwilowy efekt utraty wody i z pewnością niedługo te kilogramy wrócą na miejsce. Ale czuję się lepiej, wiem że w jelitach nie zalega mi syf z McDonalda i łatwiej mi będzie odżywiać się zdrowo – w końcu nie chcę zaprzepaścić efektów swojego detoksu zaśmiecając swój organizm syfiastym żarciem. Szkoda by było, prawda?

Detoks oczami JEGO

Dzień 1:

Poranne espresso z imbiru i połówki jabłka postawilo mnie momentalnie na nogi. Pierwszy sok był dosyć sycący, jednak miałem problem ze skupieniem się. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Po kolejnych sokach, byłem bardziej głodny niż przed nimi, ratowałem się piciem dużej ilości wody. Moje myśli były skupione głównie wokół niezdrowego jedzenia. Pod wieczór dopadł mnie lekki ból głowy.

Dzień 2:

Cały dzień lekko bolała mnie głowa, ale za to przyszły pierwsze plusy: cały dzień byłem znacznie spokojniejszy niż zwykle i na szczęście trochę mniej głodny niż w dniu wcześniejszym. Pod koniec dnia miałem ochotę na… dużego kebaba. Z frytkami. Prawdopodobnie dlatego, że miałem tego dnia okazję oglądać jedzenie hamburgerów z dość bliskiej odległości… Silna wola zdała jednak egzamin.

Dzień 3:

Zdecydowanie najgorszy dzień od początku. Wstałem koło 5 rano. Strasznie chciało mi się zarówno jeść i pić. Poszliśmy na bardzo wczesny, długi spacer. Po spacerze musiałem ratować się awaryjnym posiłkiem. Ogólne zmęczenie organizmu, senność, brak energii – tak mogę opisać moje samopoczucie. Staraliśmy się jednak maksymalnie wykorzystać niedzielę, spędziliśmy dużo czasu na świeżym powietrzu i korzystaliśmy ze słońca. W końcu zapomniałem o głodzie.

Dzień 4 i 5:

Oba dni były dla mnie bardzo podobne i zdecydowanie najlepsze w całym detoksie. Jedynie co mogę zdecydowanie wyróżnić w dniu 4 to wielkie wory pod oczami, ale w dniu 5 było już z tym trochę lepiej. Energia zdecydowanie na plus, ale co najbardziej mnie zaskoczyło to moje nastawienie: nagle zdrowe jedzenie wydało mi się sensowne, bo psychicznie i fizycznie czułem się znacznie lepiej. Te dwa dni były dla mnie bardzo kreatywne i pracowite zarazem. W głowie miałem cały czas pozytywne myśli, a każdy problem spotykał się z natychmiastowym rozwiązaniem. Moja wydajność wzrosła o 100%.

Podsumowanie:

Mógłbym zacząć podsumowanie od tego, że schudłem 3kg, wlaliśmy w siebie ponad 15kg warzyw i owoców na głowę i teraz czuje się lekko i fajnie ale to wcale nie jest najważniejsze! Nigdy nie myślałem, ze to co jemy tak bardzo wpływa na to jak się czujemy i jak myślimy.  Przekonałem się ile jest prawdy w powiedzeniu „jesteś tym, co jesz”. Nauczyłem się pić więcej wody i uważać na to, co jem. Być może nie zmienimy się nagle w fit maniaków i wielbicieli diety wege, ale na pewno był to krok w kierunku zdrowszego życia. Zdecydowanie warto było się tego podjąć!