ŻYJ I DAJ ŻYĆ INNYM

Luty 4, 2018 2 komentarze

My, nie tylko jako społeczeństwo polskie, ale ogólnie jako gatunek ludzki, mamy to do siebie, że potrzebujemy bodźców. Dzień bez afery albo przynajmniej tragedii, jest dla nas dniem straconym. Niedawno polskie i światowe social media przeżyły prawdziwe tsunami afer i aferek. Siostrzany spór instagramowej milionerki, prześladowanie polskiej podróżniczki a wreszcie fala hejtu wylana na brytyjkę, co się chciała przespać za darmo (w hotelu, nie z kimś). Sprawy ucichły dopiero gdy świat zajął się wyprawą Polaka i Francuzki na Nanga Parbat, a wtedy znawcy social mediów błyskawicznie przebranżowili się w himalaistów. Oczywiście nadal nie ruszając się sprzed komputera. Te sprawy łączyło jedno – każdy chciał się na ich temat wypowiedzieć.

Zwykle staram się nie angażować w gównoburze – nie komentuję bieżących aferek, bo nie warto dolewać oliwy do ognia. Ale to nie znaczy, że jestem ignorantką, albo że mnie to nie rusza. Social media to poniekąd moje środowisko pracy, dlatego staram się śledzić i czytać, przynajmniej te ważniejsze publikacje na każdy gorący temat. A tylu obrzydliwych tekstów i jeszcze obrzydliwszych komentarzy, co w tym miesiącu, nie czytałam przez cały miniony rok. Tak wiem, wolność słowa, wyrażanie opinii. Wiem, że każdy z ludzi wylewających żółć w necie uważa, że jego opinia jest tak zajebiście ważna, że pozbawi świat ogromnego przywileju poznania prawdy jedynej i słusznej, jeśli jej nie wyrazi. Ale wiesz co? Dla mnie wolność słowa kończy się tam, gdzie słowa zaczynają ranić drugiego człowieka. A racja jest jak dupa – każdy ma swoją.

Widziałam komentarze hiszpańskich pielęgniarek i angielskich sekretarek, sugerujące dziewczynie, która wyszła ze zwyczajną propozycją biznesową do dorosłego “biznesmena”, że powinna zasuwać na etacie jak każdy “normalny człowiek”. Widziałam starych facetów życzących tej lasce raka i wyzywających ją od najgorszych, bo śmie twierdzić, że wartość jej pracy nad treściami w internecie jest równowarta weekendowi w fajnym hotelu. Widziałam matki i ojców piszących o himalaiście, że super że zamarzł, bo po co tam wlazł, jeszcze go chcieli ściągać za ich podatki. Tfu!

Rodzice uczyli, że żadna praca nie hańbi. Oraz że każdy człowiek ma prawo do posiadania pasji i ich realizacji (jeśli oczywiście są zgodne z prawem). Kto dał więc nam prawo decydować, o tym, że praca pielęgniarki jest lepsza i ważniejsza, niż praca piekarza, a praca kasjerki bardziej “real job” niż blogerki czy youtuberki? Człowiek jest istotą złożoną, ma różne potrzeby. Oprócz potrzeby żarcia i zdrowia ma też inne, na przykład potrzebę doznań kulturalnych czy zwyczajnie rozrywki. Potrzebę realizowania swoich pasji. Dlaczego więc nie szanujemy sprzątaczki, która dba o czystość w korpo, piekarza który dba o to żebyś miał na czym położyć pasztet, pielęgniarki, która ogarnia Ci kroplówkę na kacu i laski która tworzy treści w internecie, które czytasz godzinami, na równi? Dlaczego jak ktoś polazł w klapkach na Morskie Oko, albo pojechał bryczką, zasiedział się z piwkiem na kamieniu i nie wie jak wrócić, wysyła się po niego pomoc, a jak ktoś inny chce zrobić coś ponadprzeciętnego, wyróżnić się, zdobyć coś dla siebie, to niech zdechnie, bo sam się prosił?

Może źle, że zgarniam wszystko do jednego worka, może dobrze. Bo wszystkie te zachowania świadczą o jednym. Ludzie uważają, że ich zdanie jest jedynym słusznym, że zawsze mają rację i świat absolutnie to zdanie musi usłyszeć. A czasem warto jest zamknąć dziób i skupić się na sobie. Pracować nad sobą na swój własny rachunek i nie wpychać swoich trzech groszy tam gdzie totalnie nikt ich nie chce. Przestać zazdrościć innym i pracować nad tym, żeby samemu mieć lepiej. Życzyć sąsiadowi sukcesów, zamiast tego, żeby mu wszystkie krowy zdechły.

Ten weekend, zamiast weekendem kolejnej afery, niech będzie weekendem pracy nad sobą. Aby nam i innym było w życiu lepiej.

Żyj i daj żyć innym. A potem pozwól im umrzeć tak, jak chcą.