Z Tajlandii do Kambodży – Angkor Wat: cud świata, syf, malaria i korniki

O kambodżańskim cudzie świata marzyłam w zasadzie od dziecka. Wszystko co rzekomo najpiękniejsze na świecie i przypadkowo położone bardzo daleko od mojego aktualnego miejsca pobytu zawsze najbardziej mnie pociągało. W czasie mojej azjatyckiej podróży postawiłam sobie za cel (jeden z wielu z resztą) bliższe zapoznanie się z Kambodżą i jej cudownym kompleksem świątyń w Siem Reap – Angkor. Czy faktycznie jest to cud świata, tak jak wszyscy mówią? Czy warto jechać na drugi koniec świata, żeby zobaczyć wschód słońca nad świątynią? A może Kambodżanie dopiero teraz cudu potrzebują? Zaraz Wam wszystko opowiem, ale po kolei.

Z Phuket wyruszyliśmy do Bangkoku we trójkę. Jak większość z Was wie, była u nas wtedy Ania z bloga Aniamaluje i towarzyszyła nam też w drodze do Kambodży. Większość normalnych ludzi wybrałaby podróż samolotem, bezpośrednio i w cywilizowanych warunkach. Z Phuket można kupić bilet do Kambodży za około 200 zł w obie strony. Ale my, wielcy podróżnicy, wiecznie żądni wrażeń, postanowiliśmy przeżyć kolejną przygodę! Do Bangkoku polecieliśmy więc liniami AirAsia, żeby spędzić jedną z naszych najgorszych nocy w hotelu zlokalizowanym przy samym dworcu tajskiego PKP. Hotel był trzygwiazdkowy, ale spaliśmy przy włączonym świetle, bo wciąż wydawało nam się, że biegają po nas robaki. Jeśli są tu czytelnicy, którzy narzekają na standardy polskich kolei, to trzymajcie się teraz mocno! Następnego dnia, o godzinie 5.30 rano staliśmy już w kolejce po bilety na pociąg do Siem Reap.

Pociąg rusza o 6, a biletów nie można kupić z wyprzedzeniem. Znaczy można, od 4 do 6 rano w dniu, kiedy ten pociąg rusza, więc w zasadzie jest to z wyprzedzeniem, nie? Bilet kosztuje 5 zł, pociąg jedzie do celu 6 godzin. Za 5 zł nie spodziewałam się luksusowych warunków i dostałam to czego chciałam, a mianowicie przygody! 6 godzin zastanawiałam się, czy dojedziemy do celu, czy nasze ciała zostaną porzucone gdzieś w polach ryżu. Żartuję, nie było tak źle. W zasadzie pociąg przypominał Inter Regio krążące kiedyś na trasie Lublin-Warszawa. W jednych wagonach były fotele, w innych ławki drewniane, w jeszcze innych plastikowe krzesełka. Okna i sufit oblepione brudem, ale po pewnym czasie spędzonym w Tajlandii już w zasadzie się tego nie zauważa. Dotarliśmy więc szczęśliwie do granicy z Kambodżą, a podróż nie okazała się dla mnie traumatyczna, bo całą przespałam.

Granica to całkiem inny świat. Niekończące się kolejki ludzi czekających na wizę, pomieszczenia rodem z dziwacznych filmów, tajemnicze korytarze i te sprawy. W kolejkach stoi się dwa razy – raz żeby opuścić Tajlandię, a drugi raz, żeby wejść na teren Kambodży. I tam się robi ciekawie. Jeśli wybieracie się do Kambodży, pamiętajcie, żeby mieć ze sobą gotówkę. Na łapówki. Wiza kosztuje około 20/25$, ale dodatkowo płaci się kwotę uznaniową. Podatek za twarz chyba. My akurat zostaliśmy wycenieni na 100 bahtów od osoby (chyba można też płacić w dolarach). Na granicy nie można nagrywać filmów, ani robić zdjęć, dlatego nie mogłam przygotować dla Was żadnego materiału. Każde przekroczenie granicy, czy to drogą lądową, czy na lotnisku traktuję bardzo poważnie. Zawsze może zdarzyć się coś nieoczekiwanego, dlatego wolę nie prowokować losu. Po przekroczeniu granicy przygotujcie się na niemały szok. Wszędzie brud, kurz i smród, jakby dookoła rozkładały się ryby. Wzdłuż ulic stoją domki nadające się do remontu, między nimi spacerują niespiesznie szczury w poszukiwaniu czegoś na ząb. W tym momencie już zaczynasz się zastanawiać czy przekroczyłeś granicę, czy jakieś przedziwne wrota wymiarów, bo chociaż Tajlandia bogata ani czysta nie jest, to przy Kambodży wygląda iście luksusowo. Przy granicy praktycznie wszędzie biegają małe dzieci wyciągając do Ciebie rączki po pieniądze, koczują też wraz z matkami na całej długości przejścia do taksówek. I chociaż nie wyglądają na zagłodzone, ten widok chwyta za serce. Tylko że nie wiem, czy faktycznie panuje tam aż taka bieda, czy dzieciaki są zwyczajnie nauczone, że biały turysta to taki żywy bankomat. Nie mówią po angielsku, a jedyne słowo jakie znają to „łandula”, czyli one dollar… Tak czy inaczej, wykorzystywanie dzieci do żebractwa (czy też żebractwo w ogóle) jest czymś co potępiam całym sercem. Każde dziecko na świecie zasłużyło na spokojne, szczęśliwe dzieciństwo i żadne z nich nie powinno być wykorzystywane dla zysku rodziców. W każdym razie takim malcom nie wolno dawać pieniędzy, bo jeśli ich rodzice wyczują w tym interes życia, nie poślą ich do szkoły, tylko na żebry, a ich życie nie będzie miało szansy stać się lepszym niż to, które wiedli ich rodzice. Dzieciakom na granicy daliśmy owoce których nie zjedliśmy w pociągu. Jeśli chcecie wspomóc potrzebujące dzieci, to zamiast kina czy kawy przelejcie 15 zł, taką równowartość obiadu, na konto Unicefu (żeby zobaczyć baner, wyłącz adblocka):

Zdecydowałam, że ten baner zagości na stałe na blogu, w pasku po prawej stronie, a może z czasem więcej osób zdecyduje się wspomóc akcję.

Niestety z tego co zauważyłam, taka już jest mentalność w niektórych krajach azjatyckich. Ludzie mają szansę się rozwinąć, turystyka to w końcu świetny biznes, zamiast tego niestety wolą… poleżeć. Albo właśnie wysłać dzieciaka na żebry. Albo oskubać turystę. Zdarza się, że nie możemy złapać taksówki do sąsiedniej miejscowości (12 km) bo… to za daleko i nie chce im się tyle jechać! Większość tych ludzi nie ma żadnych ambicji i nie dąży do poprawy jakości swojego życia. Ci, którzy w ogóle decydują się na podjęcie jakiejkolwiek aktywności, leniwie powielają schematy innych. Dlatego właśnie każde stoisko na bazarze oferuje dokładnie te same towary. O tej mentalności można by jednak napisać całą książkę, a my przecież nie o tym.

Ceny w Kambodży bywają kuriozalne. Na granicy udało nam się złapać taksówkę, która miała nas zawieźć do hotelu. Podróż w tej lodówce (nie wiem czy wiecie, ale Azjaci kochają klimatyzację, kiedy na zewnątrz jest ponad 30 stopni, w samochodach i sklepach mamy maksymalnie 18!) trwała 3 godziny i kosztowała nas… 30$! 10$ na głowę to genialna cena, jak na taką odległość. W taksówce przysypiałam, ale podczas kilkuminutowych przebudzeń zdążyłam zauważyć jedną rzecz – jedna droga, poza tym nic. Żadnych miast, żadnych wiosek, nic tylko a jedna droga i pusto wokół. Hotel okazał się miłym zaskoczeniem. Standard praktycznie europejski i chociaż wybraliśmy trzygwiazdkowy (3-gwiazdkowe hotele w regionie to ruletka, albo trafi Ci się przyzwoity hotel, albo coś, w czym będziesz się bać zmrużyć oko) okazał się bardzo przyzwoity. Pokój był przestronny i czysty, tak samo jak łazienka, do dyspozycji wspólny basen z leżakami, śniadanie w cenie. Zapłaciliśmy za ten luksus 25$ za noc za pokój trzyosobowy. Jeśli ktoś chciałby skorzystać z ich oferty, to nazwa hotelu to „20th street”. Jeśli jednak chcecie mieć gwarancję przyzwoitego zakwaterowania, a nie chcecie wydawać całej miesięcznej pensji na hotel czterogwiazdkowy, proponuję rozejrzeć się na airbnb. Willa za 100 zł za noc to zdecydowanie coś, nad czym warto się zastanowić. Rejestrując się przez >mój link polecający< dostaniecie 130 zł zniżki na pierwszy nocleg. Zniżka ważna jest rok, więc zróbcie to teraz, bo jej wartość zależy od kursu dolara (130 zł to maks jaki widziałam, a później może spaść do 80). Możecie ją wykorzystać gdziekolwiek chcecie, na całym świecie.

Pierwsze wrażenie w tym kraju nie należało do najlepszych, dlatego w Kambodży postanowiliśmy spędzić tylko jedną noc, zobaczyć to, po co przyjechaliśmy i jak najszybciej uciekać. Odpuściliśmy więc podróż do stolicy (Phnom Penh) która zajęłaby nam dodatkowy dzień i odebrała możliwość odrobienia strat sennych, jakich doświadczyliśmy. Do dyspozycji został nam jeden wieczór i poranek zagospodarowany na Angkor Wat.

Ruszyliśmy więc „w miasto”! A tam czekała na nas infrastruktura zbudowana jakby specjalnie pod turystów. Dużo knajpek, barów i budek ze streetfoodem. Bardzo tanio można tam kupić alkohol – na przykład przyzwoite drinki typu Mojito za niecałe 2$.

Restauracje oferują burgery z mięsem krokodyla (chociaż znając miejscowych to sprzedaliby Ci pewnie pieczonego szczura a horrendalne pieniądze i mieliby ubaw życia, że głupi biały turysta za to zapłaci). Można też kupić pieczone pająki i małe węże na patyku za dolara (lub tylko zrobić sobie z tym zdjęcie za 0.50$). Skoro już tam byliśmy, chcieliśmy spróbować wszystkiego! Dla tych, którzy nie śledzą mnie na snapchacie: grillowany pająk smakuje jak przyprawiony pieczony kurczak, tylko że z włosami. Balować do rana nie mieliśmy ochoty, tym bardziej, że czekała nas kolejna, bardzo krótka noc.

Kompleks świątynny Angkor Wat podobno najlepiej zobaczyć o wschodzie lub zachodzie słońca, bo wygląda wtedy jeszcze piękniej. Na zachód już nie mieliśmy szans, obstawiliśmy więc wschód. Ciężko było wstać przed 5 rano, tym bardziej, że to nie była pierwsza nieprzespana noc z rzędu. Ale skoro przyjechaliśmy tutaj z drugiego końca świata, chcieliśmy wykorzystać to w pełni! Warto wybrać hotel zlokalizowany jak najbliżej świątyń (nasz jakieś 15-20 min jazdy tuk tukiem), żeby nie tracić rano czasu na dojazd. Tuk Tuk z hotelu zawiózł nas do kasy, gdzie za 20$ dostaje się bilet do świątyń ze zdjęciem, które robią Ci na miejscu. To dużo, jak na wstęp do świątyni, ale skoro to taki cud świata, to pewnie warto, więc nie mieliśmy wątpliwości. Zostawiłam sobie bilety na pamiątkę, bo to był nasz pierwszy i raczej ostatni raz w Kambodży. Pamiętając, że zamierzamy odwiedzić świątynie, a więc jednak miejsca kultu (choć dziś „nieużywane”) ubraliśmy się w ciuchy zasłaniające nogi po kolana i ramiona. Ja miałam na sobie tę narzutkę z rękawami, którą widzieliście w poprzednim poście, a na nogach nieprzezroczystą chustę przewiązaną na spódnicę maxi. W tych strojach przeszliśmy zarówno przez kasy, jak i przez bramę kompleksu. Jakimś cudem zdążyliśmy na wschód słońca, chociaż jechaliśmy 3 raz dłużej, niż pierwotnie zakładał nasz kierowca (poprzedniego dnia twierdził, że 10 minut wystarczy, ja wolałam mieć zapas czasu i to właśnie uratowało nasz wschód słońca, Kambodżanom nigdy nie można do końca ufać, bo to typ człowieka który oszuka Cię z uśmiechem na ustach).

Angkor Wat rzeczywiście robi niesamowite wrażenie, choć jest kilka miejsc na świecie, które zaparły mi dech w piersiach bardziej niż to. Z pewnością wspomnienia byłyby piękniejsze bez tłumu turystów na plecach i gdybyśmy mogli tak zwyczajnie zatrzymać się na chwilę i bez pośpiechu podziwiać słońce wschodzące nad świątyniami. Czasu jednak było mało, chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej zanim słońce wstanie, a upał stanie się nie do wytrzymania, zdecydowaliśmy się więc ruszać.

Jak już wiele razy powtarzałam, nawet najpiękniejsze miejsce na świecie może stracić swój urok, wystarczy tylko zrobić z niego atrakcję turystyczną. Tak więc zdążyliśmy zobaczyć może dwa budynki, zanim napotkaliśmy na pierwszą przeszkodę. Dowiedzieliśmy się, że do kolejnej świątyni (wysokiej wieży z tarasem widokowym) nie wejdziemy, z powodu nieodpowiedniego ubioru (tutaj przypominam, że przeszliśmy przez kasy biletowe i kontrolę przy bramie i nikt nam uwagi nie zwrócił). Według strażnika przy wieży powinniśmy mieć na sobie RIJAL TISZERT z rękawkami i RIJAL SKERT a nie jakieś chusty i z uporem maniaka powtarzał, że wszystkie hotele są informowane o standardach ubioru i w takim stroju nie wejdziemy. Cóż, wszystkie hotele na pewno nie były poinformowane, albo nie raczyły poinformować swoich gości, bo ludzi z podobnym problemem był cały tłum. Na szczęście chwilę później zjawił się dyżurny Kambodżanin i z uśmiechem na twarzy zaoferował przepocone rijaltiszerty, które za skromną opłatą kilku dolarów od osoby można było sobie wypożyczyć. I to jest właśnie coś, co strasznie zraziło mnie do tego miejsca i przede wszystkim do ludzi tam mieszkających. Turysta to maszynka do robienia pieniędzy, z którego trzeba na siłę i nawet podstępem, za wszelką cenę wycisnąć co się da. Kilka dodatkowych dolarów nie stanowiłoby problemu, ale takie zagrywki są zwyczajnie poniżej pasa. Ludzie próbowali się wykłócać, prosić, tłumaczyć że przyjechali przez pół świata z Hiszpanii czy Niemiec żeby to zobaczyć i zapłacili już 20$ za wstęp, a więcej przy sobie nie mają. Nie było zmiłuj. Najgorzej miał chyba Hiszpan, którego nie chcieli wpuścić w zbyt krótkich ich zdaniem spodenkach. Poradziliśmy mu, żeby opuścił na poniżej bioder i wbił się tam w stroju na skejta, ale… nie miał majtek. Gdyby nie chcieli wyłudzić od nas tych pieniędzy, powiedzmy, podstępem nie miałabym problemu, żeby zapłacić za wypożyczenie szat (robiłam tak w Tajlandii wiele razy, tam przy wejściu do świątyni można wypożyczyć sarong, odpłatnie lub zupełnie za darmo). W takiej jednak sytuacji postanowiliśmy radzić sobie inaczej i skończyło się na tym, że weszłam do świątyni w spodniach Łukasza, a on, ku zdruzgotaniu Kambodżan, został na dole w samych majtkach. Teraz myślę, że dobrze, że nie skończyliśmy w kambodżańskim więzieniu. Takie widoki zastałam na górze:

Później potoczyło się już z górki, obejrzeliśmy wszystko, co warto było zobaczyć (kompleks główny ma około 2 km kwadratowych, całość 9 km kwadratowych, ale po obejrzeniu kilku świątyń nie mieliśmy ochoty już chodzić po dżungli i szukać kolejnych) i udało nam się odnaleźć naszego tuk tuka. Kierowca zapewnił nas, że na śniadanie już na pewno nie zdążymy, bo śniadanie w hotelu podają do 9, więc może chcemy gdzieś jeszcze pojechać. Zawiózł nas do kolejnej świątyni, która wyglądała jak kopiec termitów i szczerze powiedziawszy po wrażeniach z Angkor nie chciało nam się nawet oglądać jej od środka (szczerze, wszystkie te świątynie wyglądają tak samo – kupa kamieni która robi niesamowite wrażenie jako całość, ale nie warto przyglądać się każdej cegiełce z osobna).

Wróciliśmy więc do hotelu i co? Okazało się, że oczywiście zdążyliśmy na śniadanie.

To bardzo częste zjawisko w Azji, oszukiwanie turystów na tuk tukach czy taxi. Zdarza się, szczególnie w okolicach Pałacu Królewskiego w Bangkoku, że taksówkarze i kierowcy tuk tuków zaczepiają turystów, dopytując się gdzie idą. A potem wjeżdża standardowy tekst „Ooooo, Pałac teraz zamknięty! Trwają uroczystości/Oooo, świątynia nieczynna, modlitwa teraz, tylko mnisi mogę wejść”, po czym oferuje Ci, że zawiezie Cię do innej świątyni, a potem odstawi tutaj, kiedy uroczystości się skończą. Oczywiście to ściema, facet chce zarobić. Należy się uśmiechnąć i powiedzieć, że dziękujesz ale sam się przekonasz. Próbują tak naciągać wszędzie, przejdź nad tym do porządku dziennego.

Zawsze jest mi przykro i trochę się denerwuję w takich sytuacjach, bo nie mieści mi się w głowie jak można tak z uśmiechem na twarzy naciągać ludzi na kasę. Ale trzeba pamiętać, że tutejsza mentalność zupełnie różni się od naszej i dla nich to zupełnie nie jest oszustwo. Czynnik ludzki to jednak coś, na co nie mamy wpływu, tym bardziej na wakacjach, więc starajmy się czerpać radość z tych chwili i pięknych widoków, jakie mamy okazję podziwiać. A świątynie w Angkor, chociaż pięknymi bym ich nie określiła faktycznie robią trudne do opisania, niesamowite wrażenie i jeśli mamy okazję popatrzeć na ten kompleks na żywo, to starajmy się czerpać jak najwięcej z tego doświadczenia i nie zrażać się małymi przeciwnościami. Czy warto było przejechać pół świata, żeby zobaczyć Angkor Wat? Trudne pytanie. Jeśli planujecie wakacje w Tajlandii to na pewno warto poświęcić 2 dni, żeby się tam wybrać. To w końcu coś niezwykłego i szkoda by było nie skorzystać z okazji będąc już tak blisko. Na wakacje do Kambodży bym się jednak nie wybrała. Mają wiele rajskich plaż, tak samo jak Tajlandia, jednak to właśnie kraj Tajów staje się z roku na rok coraz popularniejszy. Powodem są ludzie, ich serdeczność, nastawienie (no i dobre jedzenie). Nie chciałabym natomiast spędzać wakacji w miejscu, gdzie czuję wyraźnie, jak każdy chce mnie wykorzystać czy oszukać.

Zobaczcie tę samą podróż oczami Ani, przeczytajcie „Angkor Wat, jak smakuje wąż i pająk i ile razy nas chciano oszukać.”

 



'Z Tajlandii do Kambodży – Angkor Wat: cud świata, syf, malaria i korniki' 15 komentarzy

  1. Styczeń 8, 2017 @ 16:30 aniamaluje

    Sama prawda 😀 teraz się tylko zgubiłam, jechaliśmy 6 czy 7 godzin tym pociągiem? Przez kolejkę na granicy straciłam poczucie czasu 😀

    Reply

  2. Styczeń 8, 2017 @ 17:34 naturalni.org | KasiaAdamczyk

    Jak miło się patrzy na te wszystkie zdjęcia… Samej mi się marzy taka wyprawa, a zobaczenie takiej świątyni to jedno z moich marzeń (zachwycam się zwłaszcza tymi indyjskimi). W tym roku raczej celuję w Bliski Wschód, ale może w przyszłym uda mi się zobaczyć takie azjatyckie cuda. 🙂 Pozdrawiam!

    Reply

    • Styczeń 9, 2017 @ 11:16 Aleksandra Najda

      Oooo, a gdzie dokładnie się wybierasz w tym roku?
      Jeśli chodzi o świątynie, to mnie się jeszcze marzy Birma: https://uploads.disquscdn.com/images/1edcdb7a6dcf94a16f6a2f78586c92fb115d71240a36317f1e9439a81c136e16.jpg

      Reply

      • Styczeń 10, 2017 @ 04:27 naturalni.org | KasiaAdamczyk

        W tym roku (za trochę ponad tydzień) zobaczę Tel Awiw i Jerozolimę. 🙂

        Reply

        • Styczeń 11, 2017 @ 07:21 Aleksandra Najda

          Cudownie! Byłam kilka lat temu i Izrael do dziś jest moim rajem na ziemi. Wspaniali ludzie, przyroda i pogoda. Zazdroszczę! 🙂

          Reply

      • Styczeń 16, 2017 @ 11:19 Magda

        jak tak przeżywasz Kambodżę, a Tajlandia jest brudna, to uwierz, w Manmie zginiesz po trzech dniach. Dla takich ludzi jak ty jednak lepiej zostać w Mielnie.

        Reply

        • Styczeń 17, 2017 @ 15:14 Aleksandra Najda

          Nie wybieram się w takie rejony a w Mielnie nigdy nie byłam i sądząc po tonie wypowiedzi nie chcę korzystać z rekomendacji takich osób jak Ty 😉
          Obiektywnie Tajlandia JEST BRUDNA, nie da się temu zaprzeczyć, ale gdyby mi to przeszkadzało nie siedziałabym tu od 3 miesięcy.
          Pozdrawiam!

          Reply

  3. Styczeń 9, 2017 @ 08:16 Justinee

    Przygoda ze strażnikami kompletnie mnie rozwaliła, żeby to jeszcze był głęboki dekolt czy bardzo krótka spódniczka, no nie mogę 😀 Piękne zdjęcia!

    Reply

    • Styczeń 9, 2017 @ 11:14 Aleksandra Najda

      Laski przed nami wchodziły z odsłoniętymi pępkami!

      Reply

      • Styczeń 9, 2017 @ 12:25 Justinee

        Ja piernicze, nie ogarniam :/ Olu, już wiem po trzech przeczytanych wpisach, że będę zdecydowanie częściej zaglądać!

        Reply

        • Styczeń 9, 2017 @ 13:10 Aleksandra Najda

          Bardzo mnie to cieszy <3 Już stukam kolejny, tym razem o Bangkoku i chyba będzie jeszcze dłuższy!

          Reply

  4. Styczeń 9, 2017 @ 09:51 Pantofel w podróży

    Ahh ta Kambodża!

    Reply

  5. Styczeń 12, 2017 @ 10:35 Azjatycki Czwartek #3 – pokonany krokodyl, powodzie, książka i glut | aleksandranajda.com

    […] to stanowczo za mało, prawda? Jeśli ktoś jednak nie czytał wpisu o Kambodży to klik – Angkor Wat Cud Świata, a dla narzekających na zimę polecam 4 pomysły na zimę. Jeśli potrzebujecie dodatkowej […]

    Reply


Would you like to share your thoughts?

Your email address will not be published.