Weekend w Kuala Lumpur – co zobaczyć i gdzie zjeść?

W drugim tygodniu Grudnia wybraliśmy się na dłuższy weekend do stolicy Malezji. Ten post piszę prawie miesiąc później i pluję sobie w brodę, że nie zrobiłam tego „na gorąco”. Później mieliśmy gościa i szkoda było czasu na pisanie tekstów na bloga. Spróbuję jednak odtworzyć naszą weekendową trasę (chociaż na pewno nie chronologicznie) i powiem Wam, co mi się podobało, a na co straciliśmy czas. Jest też kilka punktów, które chciałabym zaliczyć jeszcze raz i parę miejsc, do których nie udało nam się dotrzeć! Może zanim wrócimy do Europy, będę miała okazję uzupełnić ten wpis, kto wie? W KL odkryliśmy też kilka dobrych miejsc na obiad, które Wam polecę. W drogę!

Do Kuala Lumpur wybraliśmy się oczywiście samolotem. Lotnisko jest tam wielkie, ale dobrze oznakowane i świetnie skomunikowane z miastem. Do centrum można dostać się pociągiem KLIAexpress za około 40 zł od osoby w jedną stronę. Standardowa cena to 100 zł w dwie strony, jednak obowiązuje zniżka dla posiadaczy karty MasterCard. Jedzie 33 minuty do miasta. Z dworca głównego natomiast rusza już autobus turystyczny, który jest darmowy. Nazywa się GOKL, ma kilka linii oznaczonych kolorystycznie i wozi turystów po niemal wszystkich atrakcjach zupełnie za darmo! To się nazywa miasto przyjazne turystyce, prawda? Minusem jest fakt, że nie da się zweryfikować pasażerów, więc wielu stałych mieszkańców KL korzysta z darmowej podwózki, przez co w godzinach szczytu autobusy te przypominają wielkie puszki sardynek na kołach. Mapę tras darmowych autobusów znajdziecie w punkcie informacji turystycznej, która znajduje się na dworcu centralnym. Musicie wyraźnie zaznaczyć, że chcecie mapę darmowej linii, inaczej będą chcieli wcisnąć Wam płatną wycieczkę. Na wszelki wypadek ściągnijcie sobie na telefon zdjęcie mojej mapy:

Jeśli chodzi o komunikację, to polecam Wam też korzystać z Ubera, bo na miejscu jest bardzo, bardzo tani i często można trafić na zniżki (my znaleźliśmy w Google kod na 10 przejazdów ze zniżką 5RM, trzeba było tylko wybrać jedną z opcji: od 7 rano do 19 lub od 19 do 7 rano. Poza tymi godzinami przejazd „liczył się” normalnie). Wszyscy kierowcy świetnie mówili po angielsku, w przeciwieństwie do tych w Bangkoku.

Co do noclegu, to zdecydowanie nie polecam Wam hotelu Crossroads. Zamiast zamówionego pokoju, dostaliśmy zupełnie inny, w dodatku bez okna. Byliśmy tak zmęczeni po podróży, że nie chciało nam się wykłócać, w końcu w podróży nie liczy się tak bardzo to gdzie śpisz, ale co możesz zobaczyć. Jeśli planujecie podróż, to nocleg koniecznie zamawiajcie na airbnb. Tam przynajmniej komentarze nie kłamią, ceny są niskie a i standardy lepsze. Jeśli zarejestrujecie się przez >mój link< dostaniecie zniżkę na pierwszy nocleg (zniżka uzależniona jest od kursu dolara, w tym momencie wynosi aż 132 zł!).

National Mosque of Malysia

Do tego meczetu robiliśmy aż trzy podejścia, za każdym razem byliśmy wprowadzani w błąd przez „strażnika” i trzykrotnie trafiliśmy na modlitwę. W efekcie końcowym widzieliśmy meczet tylko z zewnątrz, ale nie wydaje mi się, żebyśmy dużo tym samym stracili. Jest to miejsce modlitwy i w zasadzie (po mojemu myśląc) nie powinno być atrakcją turystyczną. Jeśli jednak chcecie wejść, to ostatniego dnia znalazłam visiting hours (ściągawka wyżej), ale wtedy już nie miałam ochoty czekać, aż mnie wpuszczą. Chyba nie muszę mówić, że do meczetu trzeba się wybrać w długich spodniach i z zasłoniętymi ramionami. Nie wiem natomiast co z włosami. Z zewnątrz Meczet Narodowy wygląda okazale, jest piękny i nowoczesny (jak prawie całe miasto). Po dłuższym pobycie w Tajlandii, Kuala Lumpur wydaje się tak cywilizowane, że wręcz luksusowe, chociaż ta obserwacja dotyczy oczywiście turystycznych rejonów i centrum. Tak wyglądały przypadkowe biurowce:

Wieże Petronas (Petronas Twin Towers)

Bliźniacze wieże to chyba najsłynniejsza atrakcja turystyczna KL. Widnieją na niemal każdej widokówce czy pamiątkowej koszulce, którą można kupić na bazarku. Można zobaczyć je nie tylko z zewnątrz, ale i skorzystać z wejściówki na „sky bridge” czyli punkt widokowy. Bilet normalny kosztuje w tym momencie 85 RM, dla dzieci jest zniżka (35 RM). W poniedziałki taras jest nieczynny, a piątki od 13 do 14:30 również nie można wejść. Słyszałam, że bilety wyprzedają się jak świeże bułeczki i trzeba stać po nie w kolejce o świcie, bo po 9 rano nie są już dostępne. My postanowiliśmy sobie odpuścić i przy następnej wizycie skorzystać z tarasu widokowego wieży telewizyjnej, ale o tym za moment. Panorama miasta z bliźniaczych wież jest z pewnością piękna, ale dla mnie każde z wielkich miast wygląda z góry podobnie.

Sri Mahamariamman Temple

Najstarsza hinduska świątynia w Kuala Lumpur. Bardzo chciałam ją zobaczyć, ze względu na przepiękną bramę w formie wieży udekorowaną setkami wyrzeźbionych Bogów hinduskich. Choć przez te wszystkie lata straciła kolory, nadal jest przepiękna i warta zobaczenia. Można również zobaczyć świątynię od środka (kobiety muszą mieć zasłonięte nogi, ramiona nie koniecznie, trzeba przed wejściem zdjąć buty więc polecam japonki). Sarong do zasłonięcia nóg można pożyczyć po lewej stronie od bramy. Wstęp jest darmowy, więc na pewno warto zerknąć, skoro już tam będziemy. Świątynia znajduje się blisko China Town, warto więc „zaliczyć” oba te punkty za jednym zamachem.

China Town

Jedno wielkie targowisko! Typowo azjatycki bazar, gdzie na każdym rogu możesz kupić szanelkę czy lui witona za ułamek ceny. Jakość adekwatna do cen, rzecz jasna. Oprócz tego znajdziecie tam jednak kilka rzeczy które warto kupić, na przykład bawełniane koszulki z typowo turystycznym nadrukiem kosztują około 6 zł. Jasne, to banał i tandeta, ale jak na produkt dedykowany turystom, jest zrobiony z gustem i w niezłej jakości (nie widziałam tam typowych I (serduszko) KL, raczej kolorowe grafiki z wieżami Petronas i tym podobne). Jeśli chcesz coś kupić, odejmij w myślach połowę ceny i targuj się. Ta rada dotyczy nie tylko KL ale ogólnie większości azjatyckich bazarów. W china town warto też odwiedzić stragany z jedzeniem. Tam właśnie jadłam przepyszne naleśniki (podobno tradycyjny deser KL, ale nie mogę znaleźć w tej chwili informacji o nazwie) i „bułeczki” bao, czyli te okrągłe, przygotowywane na parze kluski z różnym nadzieniem. Poza tym nie ma na tym targowisku nic ciekawego. Praktycznie każdy sprzedawca oferuje te same produkty, co jego sąsiad, więc nie trzeba spacerować po markecie godzinami, żeby zobaczyć wszystko co mają (wystarczy przejść 50 metrów). Poza koszulkami nie ma też nic czego nie mogłam kupić w Bangkoku, więc dla mnie było to rozczarowanie.

Wieża telewizyjna

Poza tym, że oferuje dwa poziomy widokowe (tańszy, niższy i za szybą oraz droższy, gdzie można zrobić fajne zdjęcia) nic w niej specjalnego. Świetnie wygląda w nocy z daleka, jest ładnie oświetlona. Podjechaliśmy więc z ciekawości zobaczyć cennik, ale za 150 zł od osoby wolę kupić kolejny bilet lotniczy, niż zrobić jedną fają fotkę. Nie zrozumcie mnie źle, jeśli jesteście na wakacjach tylko w Malezji to na pewno warto zobaczyć jej panoramę (szczególnie w nocy) z takiego miejsca, ale ktoś kto planuje tak jak ja, spędzić całą zimę w Azji, inaczej patrzy na swoje wydatki. Poza tym KL to świetny punkt przesiadkowy, więc niewykluczone, że jeśli zmienię zdanie, będę miała jeszcze okazję tam wjechać.

Centrum handlowe Low Yat Plaza

Chyba nawet nie mam zdjęcia ze środka tego przybytku. Krążą słuchy, że w Malezji jest dobra i tania elektronika. W Kuala Lumpur znajduje się kilka centrów handlowych „specjalizujących się” w tej dziedzinie – z niezliczoną ilością małych stoisk z różnego rodzaju elektroniką. Często wielo, wieelopoziomowych. Niestety malezyjscy handlarze już usłyszeli, że podobno mają dobre i tanie towary, w związku z czym na przestrzeni ostatnich lat jakość spadła a ceny znacznie poszły w górę (za kartę pamięci do gopro życzyli sobie więcej niż w Polsce). Zaliczyliśmy jedno z tych centrów handlowych, Low Yat i uważam, że to był czas kompletnie zmarnowany. To chyba największe centrum handlowe, jakie w życiu widziałam i na każdym, absolutnie każdym stoisku jest to samo. Nie mam pojęcia, z czego Ci handlarze się utrzymują, skoro każdy z nich oferuje te same towary w tej samej cenie. Próbują przyciągnąć Cię na siłę do swoich stanowisk i wcisnąć Ci cokolwiek, byle tylko zarobić na turyście-jeleniu, po minucie głowa boli od nadmiaru wrażeń. Oszczędźcie sobie czasu i nerwów, jest wiele innych miejsc w Kuala gdzie możecie spędzić czas.

Batu Caves

Jaskinie Batu to zdecydowanie najlepsze co widzieliśmy w KL! To kompleks jaskiń położony około 13 km od miasta. W środku są hinduskie miejsca kultu, jest to docelowe miejsce pielgrzymek. Najlepiej dostać się tam pociągiem z dworca głównego (bilet kosztuje około 2 zł). Kolejka jedzie tam około 40 minut. Trzeba uważać na oznaczenia wagonów, bo środkowa część pociągu zarezerwowana jest wyłącznie dla kobiet. Jeśli podróżujecie więc w mieszanym składzie, wybierzcie wagony bez oznaczenia. Pociąg jest komfortowy, podobny do tych, które jeżdżą po Hiszpanii. Na miejscu jaskinie skupione są dość blisko siebie. Wstęp do dwóch jest płatny, jedna jest darmowa (najwyższa). My weszliśmy do trzech świątyń i poświęciliśmy na to pół dnia, ale było warto. Jaskinie są niesamowite, aż ciężko to opisać. Do największej i najważniejszej prowadzą wysokie schody (ponad 200 stopni) na których grasują małpy gotowe wyrwać turystom rzeczy. Jak zawsze ostrzegam: nie wyciągajcie rąk do małp. W środku też się od nich roi, co potęguje wrażenie, że jest się w jakimś dzikim, pierwotnym miejscu kultu.

Thean Hou Temple – chińska świątynia

Największa chińska świątynia w KL, piękny widok z tarasu widokowego na tyłach świątyni, ładny ogród gdzie można chwilę odpocząć po całodniowym zwiedzaniu. Podczas naszej wizyty było tam w miarę pusto, jednak podobno zazwyczaj roi się tam od turystów. Podoba mi się chińska architektura, jednak jeśli nie będziecie mieli tam po drodze, bez wyrzutów sumienia możecie sobie ją odpuścić. Najbardziej podobała mi się panorama z tarasu widokowego, gdzie zrobiłam kilka zdjęć. Sukienka jest z SheIn (super jakość, jedna z lepszych rzeczy, jakie ostatnio zamówiłam >klik<), a espadryle są marki Soludos.

Stary Dworzec

Architektoniczne cudo Malezji, które niestety udało nam się zobaczyć jedynie z zewnątrz. Ale to wystarczyło, Wiecie jak kocham białe budynki, a ten wygląda dosłownie jak z bajki. Niestety podjechaliśmy chyba ze złej strony, a byliśmy już tak wyczerpani całodzienną wędrówką, że nie mieliśmy siły szukać wejścia dla turystów. Podczas weekendu w Kuala Lumpur widziałam go z okien taksówki z każdej strony i za każdym razem patrzyłam z zachwytem. Jeśli będziecie w KL, koniecznie nadróbcie mój błąd i zajrzyjcie do środka, podobno warto!

Sultan Abdul Samad Building

To XIX-wieczny budynek w centrum miasta, którego zdjęcie zrobiłam przypadkiem (znajduje się od na przeciwko National Mosque). Dopiero później dowiedziałam się, że jest to atrakcja turystyczna wymieniana w przewodnikach! Mam z resztą wrażenie, że przewodniki po Kuala Lumpur wymieniają bardzo wiele miejsc które można zobaczyć (albo warto zobaczyć) tylko i wyłącznie z zewnątrz.

Co zostało do zobaczenia?

Stolica Malezji to idealne miasto na weekendowy wypad, jeśli akurat jesteście gdzieś w pobliżu. Uważam, że 2-3 dni spokojnie wystarczą, żeby zobaczyć najciekawsze miejsca. Jeśli jednak planujecie dłuższy pobyt, na pewno znajdziecie inne atrakcje, które nie pozwolą Wam się nudzić. Gdybym miała jeszcze jeden dodatkowy dzień również dałoby radę go jakoś zagospodarować. Podczas kolejnej wizyty (jeśli jeszcze uda nam się odwiedzić Kuala Lumpur) wybierzemy się na pola herbaciane. W KL można wykupić całodniową wycieczkę (na te pola jedzie się 5 godzin w jedną stronę!), ale myślę, że warto coś takiego zobaczyć na własne oczy. Ominął mnie jeszcze meczet Jamek Mosque, który widziałam z oddali. Niestety trwa renowacja i nie można było podejść do niego bliżej. W Kuala znajduje się też kilka pięknych ogrodów botaniczno-zoologicznych, powiedzmy. Polecany jest Park Motyli i Park Ptaków. Chciałabym też odwiedzić dzielnicę zwaną Little India, gdzie serwowane są indyjskie przysmaki. Coś dodacie do mojej listy?

Gdzie warto pójść na kolację?

Dotarliśmy do mojej ulubionej części podróży, czyli do jedzenia! Chociaż jedzonko mijaliśmy prawie wszędzie i próbowaliśmy wszystkiego po trochu, uważam, że w Tajlandii kuchnia jest jednak smaczniejsza (chociaż bardzo podobna). Przetestowaliśmy kilka polecanych miejsc i już wiem, co mogę polecić Wam. W wielu miejscach w Kuala Lumpur znajdziecie Banana Leaf Rice, czyli ostrą potrawę z ryżu, mięsa i innych dodatków serwowanych na liściu bananowca. Dla mnie zdecydowanie za ostre, ale warto spróbować, bo w jakiej innej restauracji nie dają talerza? Samo jedzenie z liścia położonego na stole sprawiło mi frajdę! Dodatkowo podali mi najlepszy mango chutney jaki w życiu jadłam. My byliśmy w Devi’s Corner (jedna z najbardziej polecanych knajp tego typu).

Dwie kolejne restauracje, jakie Wam polecam znajdują się w centrum handlowym The Garden. Restauracja Din Tai Fung słynie z chińskiej kuchni, a szczególnie z pierożków na parze. Jedzenie było pyszne (knajpa zdobyła nawet gwiazdkę Michelin) i przystępne cenowo, chociaż samo miejsce nie zrobiło na nas wrażenia. Przypomina bardziej studencką jadłodajnię, niż restaurację w eleganckim centrum handlowym. A ja odwaliłam się jak szczur na otwarcie kanału!

Ostatniego dnia, tuż przed wylotem do Phuket, wybraliśmy się do Sushi Zanmai w The Gardens. Jako sushimaniacy nie mogliśmy przegapić okazji do wypróbowania chociaż jednej malezyjskiej suszarni. Nie zawiedliśmy się! W Zanmai menu jest bardzo rozbudowane, można zamawiać dania z karty lub „łapać” przejeżdżające na taśmie gotowe talerzyki. Ceny są bardzo przystępne, ryby świeże a rolki przepyszne. Jeśli będziecie w Kuala Lumpur koniecznie tam zajrzyjcie!

Dajcie znać, czy wybieracie się do Kuala Lumpur, albo może już byliście i możecie coś polecić? Wybaczcie jakość zdjęć, prawie wszystkie były robione telefonem, a niektóre nawet są ściągnięte ze snapa. Wszystko przez moją nieuwagę i nienaładowany aparat! Następnym razem obiecuję poprawę. Zaglądajcie do działu >podróże<, ciągle pojawiają się tam nowe wpisy! A jeśli podobał Wam się ten nieco chaotyczny post, podajcie go proszę dalej, pisanie zajęło mi tysiąc razy dłużej, niż Wam czytanie, przyrzekam! 🙂