Świeże jedzenie dla skóry?

Marzec 20, 2018 4 komentarze

Za czasów studenckich w mojej lodówce było tylko światło. Ewentualnie Martini i cytryna. Kostki lodu były raczej luksusem, bo trzeba było pamiętać, żeby je zrobić. Kiedy pod koniec studiów poznałam Łukasza, z wolna zaczęły się w niej pojawiać produkty spożywcze. Nie zrozumcie mnie źle, ja nadal mogłabym żyć na zupkach chińskich i jadać na mieście, więc mój narzeczony szybko pojął, że w nim jedyna nadzieja na nasze godne życie spożywcze, w związku z tym to on jest w kuchni sterem, żeglarzem i okrętem. A co ja postanowiłam trzymać w lodówce? Kosmetyki.

Po powrocie z półrocznego zwiedzania plaż południowo – wschodniej Azji moja cera miała mnie dość. Tak bardzo dość, że po roku nie wróciła jeszcze do dawnej formy. Nigdy nie miałam problemów skórnych w czasie tak zwanego wieku dojrzewania, ale jak się okazało, moja cera postanowiła sobie to odbić jeszcze przed trzydziestką. Przez kilka pierwszych miesięcy wierzyłam, że samo przejdzie, bo w końcu jestem naczelnym leniem i nie chciało mi się o to zadbać. Ale teraz zbliża się ślub, a do pięknej sukni zaniedbana twarz raczej nie pasuje. Czas się ogarnąć! Tylko jak zacząć?

Podpowiem, że Wam będzie znacznie prościej niż mnie. Z racji blogowania, często dostaję różne produkty do przetestowania. Uwielbiam to i z radością otwieram kolejne opakowania. Ale jak się okazuje, moja skóra nie jest zadowolona z faktu, że ładuję w nią 15 produktów każdy z innej parafii i z innym składem. Postanowiłam zaprowadzić w łazience minimalizm, przynajmniej na jakiś czas. Nie mogę sobie przypomnieć kiedy to było, ale na pewno ponad miesiąc temu wpadłam z wizytą do salonu Fridge w Warszawie. Postanowiłam dać szansę naturze i odstawić wszystkie swoje kremy i maski na rzecz świeżych kosmetyków z lodówki. Od tamtej pory nakładam na twarz tylko kosmetyki Fridge, które nie zawierają konserwantów ani alkoholu – same naturalne składniki. Wyjątkiem była podróż, ale to kwestia logistyczna. I co mam do powiedzenia po miesiącu? Nie żałuję!

Do przetestowania wybrałam różany tonik w sprayu, kawowy krem pod oczy i krem do twarzy. Świeże kosmetyki Fridge by yDe zawierają jedynie naturalne składniki i nie ma w nich konserwantów ani alkoholu. Co za tym idzie – należy je trzymać w lodówce i mają krótką datę ważności, jedynie 2,5 miesiąca od daty produkcji. Aby uniknąć przedostania się bakterii do Twojego kremu, nakłada się go czystą szpatułką, a nie palcem. W moim przypadku mowa tu o kremie pod oczy, bo on nie ma dozownika. Cały proces użytkowania kosmetyków jest trochę nieporęczny (cięgle boję się, że zapomnę odstawić je do lodówki), ale po miesiącu stosowania się do zasad już wiem, że było warto.

4.1 coffee eye to espresso doppio dla Twoich oczu. Od razu wiedziałam, że stanie się moim ulubieńcem. Mocno nawilża i nokautuje poranne worki pod oczami, zwyczajnie stawia na nogi całą twarz. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się takiego efektu. Nie jest jednak najlżejszy, więc grubszą warstwę nakładam pod oczy na noc, a rano zachowuję umiar, kiedy planuję się malować.

3.2 rose water tonic to nic innego jak tonik z naturalnej wody różanej. Warto wspomnieć, że wszystkie produkty Fridge pochodzą z ekologicznych upraw, a róże do kosmetyków hodowane są na XIII wiecznej plantacji. Przed zagłębieniem się w tajemnice tych kosmetyków nie miałam pojęcia, że wysokiej jakości olejek eteryczny z róży jest tak drogocenny. Stosując swój tonik czuję się prawie jak królowa! Używam go do oczyszczenia twarzy po demakijażu, ale też jako mgiełki do ciała. On również ma tylko 2,5 miesiąca ważności, więc boję się, że się zmarnuje, jeśli zbytnio będę go oszczędzać. Szkoda by było!

1.2 water coat to chyba najbardziej podstawowy i uniwersalny krem z asortymentu Fridge. Polecałabym go każdemu jako pierwszy krem tej marki, bo zarówno nawilża, jak i natłuszcza skórę nie pozostawiając tłustego filmu. To prawdopodobnie głównie dzięki niemu poprawił się wygląd mojej skóry i wreszcie zauważyłam różnicę w jej kondycji. Nadaje się pod makijaż, ale dobrze się sprawdza również jako krem na noc.

Do upływu daty ważności mojego zestawu został jeszcze tylko tydzień, zupełnie nie wiem kiedy to zleciało! Martwię się, że zostało mi jeszcze pół opakowania kremu (zdjęcia które widzicie robiłam jeszcze na Karaibach, teraz zużycie jest bardziej widoczne). Z jednej strony to dobrze, bo kremy są wydajne, a z drugiej strony przeraża mnie myśl że tak dobry i wcale nie tani produkt się zmarnuje.

Moje kremy zostały dobrane dla mnie w warszawskim salonie Fridge, gdzie można zajrzeć i na własne oczy zobaczyć te małe dzieła sztuki, a także dobrać coś odpowiedniego dla swojej skóry. Ostrzegam tylko, że po przekroczeniu progu salonu chce się mieć wszystko. Ja do swojego zestawu dostałam kilka próbek i dlatego chciałabym wspomnieć Wam na szybko o jeszcze trzech fajnych produktach. Przede wszystkim 1.0 silky mist, który okazał się moim absolutnym numerem jeden. Gdybym mogła cofnąć czas wybrałabym właśnie ten zamiast 1.2 water coat. Mój sprawdza się świetnie, ale silky mist cudownie się wchłania, jest leciutki i doskonale nadaje się pod makijaż. Jestem nim oczarowana i polecam każdemu kto ma cerę normalną lub lekko przesuszającą się, a na co dzień lubi się jednak lekko pomalować. Mam wrażenie, że moja skóra go zwyczajnie wypija i po minucie pozostaje na niej jedynie leciutka mgiełka. Za nim będę tęsknić najbardziej! Próbowałam też ff.1 fabulous face, czyli lekkiego podkładu połączonego z kremem nawilżającym, który okazał się hitem na wakacjach. Całą próbkę zużyłam na Gwadelupie i odkryłam, że ciemniejszy odcień idealnie współgra z moją opaloną buzią. To taki brem BB, tylko z lepszym składem. Nakładałam go palcami i nie zostawiał żadnych smug ani śladów na twarzy. Ideał. A kiedy lekko przypiekłam się na słońcu podkradłam Ani 1.8 orange peeling, który też mogę Wam śmiało polecić. Używałam go do dekoltu i mimo, że jest bardzo delikatny, działa bez zastrzeżeń oraz pięknie pachnie. Jestem ciekawa, czy słyszeliście już wcześniej o świeżych kosmetykach z lodówki?

Ten wpis powstał we współpracy z Fridge, z czego ogromnie się cieszę, bo jestem szczerze przekonana, że pokochacie te kosmetyki tak samo jak ja. Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem byłam aż tak zajarana kosmetykiem. Czekam na Wasz feedback!