Prezent ode mnie dla mnie

Grudzień 15, 2017 7 komentarzy

Wczoraj na moim stories pokazywałam Wam tajemniczą przesyłkę, prezent ode mnie dla mnie, z okazji urodzin i świąt Bożego Narodzenia. Prawie wszyscy byli ciekawi, co znajduje się w kartonie, chociaż na pewno większość domyślała się jakiego rodzaju jest to prezent. Powiem Wam tak, piszę ten post drugi, a w zasadzie trzeci raz. Pierwszy wyszedł dramatycznie smutno jak na urodzinowy post, a drugi sucho i bez emocji. W żadnym razie nie chciałabym tak do Was mówić. To Wy jesteście dla mnie najlepszym prezentem urodzinowym, nie żadna torebka czy buty nie sprawiają mi tyle radości ile dają mi rosnące cyferki na instagramie. Nie potrafię tego wyjaśnić, wiem że to dziwne i pewnie głupie, ale nawet z szanelki bym się tak nie ucieszyła, jak dzisiaj cieszyłam się z nowych członków mojej instadrużyny, którzy przyszli zrobić mi prezent urodzinowy dzięki Ani. Bo jakkolwiek banalnie to brzmi to dzięki Wam i tylko dla Was tu w ogóle jestem, inaczej rzuciłabym to już dawno w cholerę, bo uwierzcie mi na słowo, czasem więcej jest przeciwności, zawiści i kłód pod nogami w tym światku, niż to wszystko warte.

No i szanelka, to to nie jest. Pewnie wiele z Was obstawiało, że sprawię sobie coś z wypierdem i przytupem. Prawda jest taka, że nie dość, że z marzeń o szanelce już wyrosłam, to jeszcze… nie zasłużyłam na nią. Nie byłam wystarczająco dobrą dziewczynką.

Grudzień ubiegłego roku był najlepszym miesiącem w całej historii bloga. Chciało mi się pisać, chciało mi się robić zdjęcia, chciałam to robić codziennie. Nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie, że bez posiadania profesjonalnych skilli w czymkolwiek, można dojść do takiego poziomu blogowania. Pamiętam jak w Sylwestra płakałam z radości i nie mogłam uwierzyć w to, co pokazuje mi Google Analytics. A kiedy wreszcie uwierzyłam, myślałam, że będzie teraz coraz lepiej. Że jeśli odpowiednio się przyłożę i będę pracować odpowiednio ciężko, będzie tylko lepiej. Będę mogła zainwestować sprzęt, więcej podróżować i dostarczać Wam coraz więcej treści, nie byle jakich, tylko takich jakich ode mnie oczekujecie. Ale prawda jest taka, że wszystkiego nie da się przeskoczyć. Stawałam na rzęsach, naprawdę ciężko pracowałam (jakkolwiek to brzmi, tylko moi bliscy wiedzą jak wygląda behind the scenes) żeby osiągnąć jeszcze więcej, ale nie udało się. Nie “zrobiłam” nawet połowy zamierzonych wyników.  Kochani, to co chcę Wam przez to powiedzieć, to to, że świat nie jest sprawiedliwy, a jednorożce nie zawsze galopują po tęczy. Mnie też czasem się coś nie udaje, a czasem nawet świat wali się po całej linii. Nikt nie ma idealnego życia i to co laski takie jak ja pokazują w Internecie to jest tylko mały fragment rzeczywistości, a przy tym starannie wyselekcjonowany fragment. Nikt nie chce pokazywać porażek tak samo, jak nikt nie chce o nich czytać ani ich oglądać. Lubimy piękne rzeczy i chcemy otaczać się pięknem. To zrozumiałe.

Czasem warto zwolnić i zrewidować swoje podejście do życia. Trochę odpuścić, na inne rzeczy przymknąć oko. Ambicja jest super, ale nie można pozwolić, żeby rządziła naszym życiem. Szczęście przychodzi falami, raz jest lepiej, a raz gorzej. Może to banał, ale jeśli starałaś się wystarczająco bardzo, a i tak nie wyszło, to zanim narzucisz na siebie wór pokutny i zamówisz sznur do samobiczowania z silnym postanowieniem, że od teraz będziesz jeszcze bardziej wypruwać sobie żyły zastanów się, czy to na pewno jest tego warte. Nie nad wszystkim możemy zapanować. Wrzuć na luz, odpocznij trochę, nabierz dystansu i zacznij od nowa w swoim tempie. Nie patrz na innych bo zmierzyć swój sukces możesz tylko Ty sama. I nagradzaj swój wysiłek, dbaj o siebie. Idź do spa czy na drinki z koleżankami, bo zasłużyłaś. 

A moja nagroda, nagroda pocieszenia w zasadzie, to pierwsza czerwona torebka w mojej szafie. Furla Metropolis Small. Spostrzegawczy czytelnicy już zauważyli, że na instagramie pojawiło się kilka zdjęć z małą czerwoną torebką od chińczyków, która przypominała Chanel Boy. “Ale jak to, Ty przecież nie nosisz takich torebek”. No nie noszę, macie rację. U mnie torebka ma służyć na lata i być niezniszczalna. Ale do zakupu czerwonej chciałam podejść świadomie. Skorzystałam z tego że bardzo dawno temu jeden ze sklepów wysłał mi tamtą torebkę w prezencie. Nawet była, o zgrozo, w “stylizacji” na blogu sto lat temu, ale nie nosiłam jej. Teraz postanowiłam że sprawdzę z jej pomocą, czy w ogóle czerwona torebka będzie mi się dobrze nosić i do czegoś pasować. Okazuje się, że pasuje i to nawet nie tylko w okresie zimowym, ale i w letnich stylizacjach w Izraelu dałaby radę. Jedyny minus Furli to to, że jest to torebka na ramię, a ja lubię crossbody (lubię mieć wolne ręce). Jest porządnie wykonana, pachnie skórą (uwielbiam to!). Rozśmieszyło mnie to, że nie potrafiłam jej otworzyć, myślałam, że te kółeczka trzeba wcisnąć do środka, a trzeba je popchnąć “do siebie”. Nie wiem czy rozumiecie co mam na myśli, w każdym razie googlowałam jak otworzyć torebkę.

Mam nadzieję, że będzie się dobrze nosić i będzie pakowna jak tamta chińska. Czy ktoś z Was ma model metropolis i może mi powiedzieć jak się sprawuje?

Moja była kupiona jak zwykle tutaj i jest to dokładnie ten model. Pod koniec grudnia będzie kolejna promocja, więc jeśli planujecie zakupy, to się wstrzymajcie (jakby co, to tajemnica!).