Jakie kosmetyki Made in Thailand warto kupić?

Luty 5, 2017 10 komentarzy

W swoją pięciomiesięczną podróż wybrałam się z walizką wypełnioną kosmetykami. Nie lubię eksperymentować z egzotycznymi specyfikami, których skład często różni się od składu produktów używanych przez europejczyków. Nie wiedziałam też do końca, czego mogę się spodziewać po zaopatrzeniu lokalnych sklepów. Będąc w Tajlandii zauważyłam jednak, że większość tajskich produktów ma świetne, naturalne składy, a przy tym są tanie i ogólnodostępne. Dotyczy to zarówno kosmetyków do pielęgnacji jak i… lekarstw, ale o tym może innym razem. Dzisiaj mam dla Was recenzję kilku rzeczy, które odważyłam się przetestować. Jeśli wpis Wam się spodoba, pojawi się tego więcej!

Yogurt Spa Milk Salt

Spędziłam ostatnio dobrych kilkanaście minut na poszukiwaniu peelingu w dziale kosmetycznym lokalnego Tesco. Jedyne co znalazłam to małe (50 g) saszetki z peelingiem solnym marki Yoko w dwóch wersjach – różowej i wybielającej (która z marszu odpada). W zasadzie wszystko w Azji ma właściwości wybielające, ale staram się wybierać produkty mniej rozjaśniające skórę. Plusem dla mnie jest to, że to lokalny produkt (made in Thailand) i kosztuje 12 bahtów za saszetkę. Skład ma podobno dobry, choć zawiera SLES na trzecim miejscu i barwnik na ostatnim. Poza tym jednak bogaty jest w glicerynę, olejek z oliwki europejskiej (podobno jeden z lepszych olejków występujących w kosmetykach), witaminę B3 oraz E.

Pierwsze wrażenia z użycia – cudownie pachnie, idealnie jak jogurt truskawkowy. Jeśli jednak ktoś nie przepada za intensywnymi zapachami kosmetyków, będzie niezadowolony. Producent zaleca wmasowanie produktu w oczyszczoną, wilgotną skórę i pozostawienie na 3 minuty. Następnie należy go spłukać ciepłą wodą, osuszyć ciało i nałożyć produkt nawilżający. Czyli, chciałoby się powiedzieć, peeling jak peeling. Jednak dla takiej ignorantki jak ja, te 3 minuty stanowiły nowość. Pierwszy raz przeczytałam instrukcję na peelingu kawowym jakiś czas temu i byłam zszokowana faktem, że trzeba w nim sterczeć pod prysznicem 5 minut. Całe życie nakładałam peeling, wcierałam go byle jak i spłukiwałam. Cała ja. Tym razem zastosowałam się do instrukcji na opakowaniu i jestem bardzo zadowolona. Skóra jest gładka, a peeling pozostawia na niej taką delikatną, oleistą powłokę, która potęguje wrażenie nawilżenia i miękkości.

Bhaesaj Teen Powder

Puder tajskiej produkcji do ciała i twarzy, kosztował 13 bahtów, pojemność również 50 gram. Jego skład jest bardzo krótki, ale nie najlepszy. Zawiera substancje komedogenne, czyli jak się dzisiaj nauczyłam, takie które mogą zapychać skórę oraz konserwant. Mimo to przeznaczony jest do twarzy i zawiera triclosan, który ma minimalizować występowanie bakterii na twarzy przez co zapobiegać trądzikowi. Co mnie zaskoczyło – jest różowy! Już wiem dlaczego młode Azjatki są takie dziwnie zarumienione na buzi. Ja nie mam problemu trądziku i nie mam zamiaru stosować go na buzię.

Chumpathong Olive Oil

To dopiero zagadka! Cale opakowanie jest po tajsku i nie miałam pojęcia, do czego ten kosmetyk służy. Spędziłam dobrą godzinę na researchu i w zasadzie niewiele się o tym produkcie dowiedziałam. Wiem, że można stosować go do brody, na włosy lub na skórę i te dwie ostatnie metody postanowiłam wypróbować. Brody na szczęście nie posiadam. Jeśli oglądacie mnie na snapchacie (aleksandranaj) to wiecie na pewno, że odkąd wyjechałam do Azji pojawił się u mnie problem splątanych włosów, które przesuszają się na końcach. Na pewno to drugie ma bezpośredni związek z pierwszym, a efekt kołtunów dodatkowo potęguje ciągła jazda na skuterze. Tak czy inaczej postanowiłam z tym walczyć i przyłożyć większą wagę do pielęgnacji włosów (o tym również w najbliższym czasie pojawi się wpis, jeśli chcecie). Olejek w tym temacie sprawdza się genialnie. Jeśli chodzi o nawilżenie skóry, też nieźle sobie radzi. Najczęściej wmasowuję go sobie na noc, a po takiej kuracji skóra następnego dnia jest miękka i gładka. Nawet mój narzeczony zaczął wcierać go w dłonie i stopy. Dla nas to chyba będzie odkrycie roku!

Wybielająca pasta do zębów

Tajska pasta do zębów to produkt, na który już rok temu zwróciłam uwagę. Bałam się jednak ryzykować z niesprawdzonymi składnikami, dlatego nie zdecydowałam się na zakup. Najpopularniejszy tego typu produkt widzicie na zdjęciach poniżej (dwóch producentów, jednak pasty te mają podobny skład i niemal identyczne opakowania), dostępne są praktycznie na każdym kroku (głównie na bazarach i w sklepach z kosmetykami) i kosztują od 3 do 5 zł, zależy od tego, jak dobrze się targujesz. Kosmetyki sprzedawane na bazarze są tym tańsze, im więcej chcesz ich kupić. Najbardziej opłacało się wziąć cały karton tej pasty, ale póki co nie jest mi potrzebna taka ilość. W tym roku jestem znacznie bardziej otwarta na eksperymenty i właśnie kończę trzecie opakowanie swojego wybielającego specyfiku. Pozytywne recenzje przeczytane online również miały na to wpływ. Wyobraźcie sobie, że ten środek zbiera pochwały nawet od dentystów. Pasta ma krótki, naturalny skład i nie zawiera fluoru. Jedyną jej wadą jest to, że ma bardzo małą pojemność (25 g), chociaż jest dość wydajna (nie nakłada się jej tyle, ile zwykłej pasty). Doskonale oczyszcza, bardzo się pieni. Co do wybielania, ciężko mi to określić, ale wydaje mi się, że faktycznie działa. Zrobiłam nawet dla Was zdjęcia przed i po, ale z uwagi na to, że światło zmienia się tu każdego dnia, nic na nich nie widać. Niestety nie mogłam zabrać w podróż lampy, więc wpisy z podróży nieco cierpią na jakości…

Pasta dostępna jest na aliexpress! Mam dla Was jeden link bezpośredni oraz drugi link bezpośredni.

Którą z tych rzeczy mielibyście ochotę przetestować? To w zasadzie kluczowe pytanie, bo planuję zrobić kilka zestawów prezentowych dla moich czytelników i rozdać je po powrocie z podróży. Myślę, że produkty niedostępne w Europie to fajny pomysł na prezent, ale dajcie mi znać, co o tym sądzicie i oczywiście, czy mam testować dalej!