Ile wygrałam w chińskim kasynie?

Luty 22, 2017 1 Comment

Makao, czy też Makau to jeden z dwóch specjalnych regionów administracyjnych Chińskiej Republiki Ludowej, Mekka hazardzistów, jeden z najbogatszych regionów świata, pierwsza i najdłużej istniejąca kolonia europejska (portugalska) na terenie Chin. Miejsce to „stoi” na turystyce i hazardzie, a w każdym porządnym hotelu znajduje się kasyno. Czy skoro ich gospodarka opiera się głównie na turystyce, jest to miejsce przyjazne turystom?

Marketingowcy kasyn lubią prześcigiwać się w promocjach dla graczy i turystów, aby zachęcić do odwiedzin maksymalną liczbę gości. Oferują zniżki, darmowe spiny, żetony, zapraszają na kawę, ciastka i organizują lunche. Tak przynajmniej słyszeliśmy i takie informacje powielają blogerzy podróżniczy.

Pojechaliśmy tam, żeby zobaczyć jedną z głównych atrakcji turystycznych w zasięgu Hong Kongu i odwiedzić najlepsze i najbardziej znane kasyna na całym świecie. Nie pojechaliśmy tam na darmową kawę. Z całą pewnością i tak by się to nie opłaciło, bo bilet dla jednej osoby z HK w obie strony kosztuje 354$. Co ciekawe chińczycy nie rozumują tak jak my i bilet powrotny dla nich nie oznacza biletu z punktu A do punktu B, a potem z punktu B do punktu A. Nie, nie. Bilet w dwie strony to znaczy z punktu A do punktu B, a potem z punktu… C do punktu D. Ale nad chińską logiką nie będę się dłużej rozwodzić, bo poprzedni post wyczerpał temat.

O chińskiej gościnności również wspomniałam. Jeśli ktoś potrafi poukładać odpady z ekspresu do kawy uformowane na kształt ciasteczek na białej serwecie umieszczonej na tacy przed restauracją, a potem czekać aż jakiś durny turysta tego spróbuje, to możecie sobie pewnie wyobrazić, jak gościnne okazały się kasyna. Serio, przyszłam zobaczyć jak tam ubierają się ludzie, jak się bawią, z kim przychodzą, jak grają, jak reagują na zwycięstwa i porażki. Przyszłam poobserwować, zobaczyć coś nowego i poznać inną kulturę. Nie poszłam tam na darmowy lunch czy pić ich kawę za free. Jednak jeśli jakaś firma szczyci się tym, że ich goście obsypywani są prezentami, a potem wręcza mi z dumą plastikowy długopis, to ciężko nie parsknąć śmiechem. Lepiej nie częstować gościa niczym, niż głosić wszem i wobec że podaje się wspaniałą kawę, a potem podać mu coś takiego, bo to skąpstwo i żenada. Oto nasze ekskluzywne pamiątki:

Dostaliśmy darmowe losy na loterię, w której nic nie wygraliśmy oraz żetony na automaty, które też nam niewiele dały, ale jak mawiają mądrzejsi ode mnie, za darmo to można w pysk dostać. Dokupiliśmy trochę losów, chociaż obiecaliśmy sobie tego nie robić i cóż. Nadal nic!

A to królewski poczęstunek, jakim nas raczono (w różnych miejscach, nie pamiętam nazw tych kasyn):

Podkreślając po raz trzeci, że nie pojechałam tam po gifty, ani w sumie też nie po to, aby wydać tam majątek, nie jestem rozczarowana bo niczego się po tych zapowiedziach nie spodziewałam. Aczkolwiek gdybym była bogatym europejczykiem, który przyleciał przepuścić trochę waluty i ugoszczono by mnie odgrzewanym ciastkiem z mięsem oraz herbatą w papierowym kubku, w dodatku zaproszono do stolika przy którym się stoi, żeby się turysta zbytnio nie rozgościł, to byłabym trochę zawiedziona jakością chińskiej obsługi. Uprzedzając pytania – wyrobiliśmy sobie karty gościa w kasynie, więc byliśmy gośćmi kasyna, a nie przechodzącymi turystami. Pytaliście o hojne chińskie gifty, proszę, oto one, więcej do powiedzenia w tej sprawie nie mam.

Co jeszcze można zobaczyć w Makau?

Przewodniki polecają Ruiny kościoła świętego Pawła (widoczne na pierwszym zdjęciu) oraz wiele innych historycznych zabytków. Mnie jednak w każdym mieście najbardziej interesuje jego bardziej współczesna architektura. Miasto samo w sobie bardzo mi się spodobało, widać w nim ogromne wpływy portugalskie, miejscami nawet czułam się, jakbym znów spacerowała ulicami Lisbony. W Makau znalazłam wszystko to, co kocham, czyli wysokie wieżowce, szklane drapacze chmur, fontanny i dużo, dużo betonu, jeśli wiecie co mam na myśli. Zobaczcie sami: