Co zabrać na plażę kiedy jest chłodno?

Maj 15, 2018 2 komentarze

Damn! Ten wpis miał wyglądać zupełnie inaczej! Miałam Wam pokazać, jak się sensownie spakować na wakacje tak, żeby mieć wszystkie niezbędne rzeczy potrzebne do plażowania przy sobie, a jednocześnie nie podróżować jak wielbłąd obładowany tobołami. Niestety, pogoda spłatała nam psikusa i podczas naszego majowego urlopu na Majorce mieliśmy… szalone 17 stopni! Ok, bywało więcej, tak do 19, ale generalnie kąpieli słonecznych nie zażywałam i nie mam zamiaru Wam bajek opowiadać. Było tak zimno, że na plażę wybieraliśmy się tylko pospacerować (w kurtce i ręczniku plażowym w roli szalika), albo w cieplejsze dni poczytać książki. Szkoda, bo jestem jak żółw – wylegiwanie się na słońcu to moje ulubione zajęcie ever. Co więc się stało z moim plażowym niezbędnikiem?

Tak jak wspomniałam ręcznik plażowy sprawdzał się w roli szalika. To wszystko dzięki temu, że zabrałam ze sobą nie taki typowy ręcznik, ale narzutkę plażową. Po angielsku to się nazywa beach throw i chyba to jest ten moment, kiedy brakuje mi zupełnie polskiego odpowiednika tego słowa. A zmierzam do tego, że modne ręczniki plażowe takie jak z tego zdjęcia są piękne tylko na zdjęciach. Zajmują dużo miejsca w walizce, są ciężkie i bardzo wolno schną. Dodatkowo wszystko się do nich przyczepia, więc każdy listek czy gałązkę z plaży zabieracie ze sobą do domu. Nie można ich prać, teoretycznie trzeba czyścić je na sucho, co w przypadku ręcznika jest chorym pomysłem. Śmiałam się, kiedy Ania dostała od chińczyków ręcznik plażowy, który okazał się cienką okrągłą szmatką. Była na maksa zawiedziona, bo myślała, że w paczce znajdzie coś takiego jak mam ja. I wiecie co? Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Cienkie, praktyczne, lekkie, szybkoschnące, wrzucisz to do każdej torebki. Zamówiłam od razu kilka takich na aliexpress (polecam z tego linku). Jedyna wada? Nie wytrzesz się tym, bo plastik wody nie ciągnie… no i nie użyjesz tak jak ja, jako szalik. Bo na Majorkę zabrałam ręcznik od Garniera (z przesyłki kreatywnej, nie mają go w sprzedaży), który chociaż też cienki i lekki, jest z “normalnego” materiału. Mój wygląda tak.

Zamiast na ręczniku, siedzieliśmy na leżakach czekając, aż słonko wyjdzie zza chmur. W pogotowiu jak zawsze słomkowy kapelusz (na instagramie widać chyba, że to mój ulubieniec!), filtry i okulary przeciwsłoneczne. O filtrach mówiłam już na stories i przyznam szczerze, że jestem zdziwiona ile osób nie używa filtrów wcale, używa tylko przy dużym słońcu albo nie dokłada produktu w trakcie opalania! Wydawało mi się, że wiedza o prawidłowym opalaniu jest powszechna, ale chyba napiszę swój tekst o bezpiecznym plażowaniu. Nowa linia NIVEA Protect & Bronze nie tylko chroni przed poparzeniem słonecznym (nie mogę się spalić miesiąc przed ślubem!) ale i aktywuje opaleniznę (aktywuje powstawanie melaniny), czyli pomaga się bezpiecznie i ładnie opalić. Co dla mnie ważne – nie zawiera samoopalacza. Nie było słońca, ale i tak ochroniłam swoją skórę przed szkodliwym promieniowaniem UV. Dajcie znać w komentarzach, czy używacie filtrów nawet kiedy żar nie leje się z nieba?

W oczekiwaniu na słońce odpoczywałam na leżaku czytając nową książkę (zwykle w podróży czytam ebooki, ale tym razem dostałam nowość od wydawnictwa w formie papierowej i chciałam szybko przeczytać więcej o tej konkretnej książce napisałam tutaj). Czytanie to moja absolutnie najulubieńsza forma spędzania czasu na plaży. Bez książki nudzę się, kręcę i szybko męczy mnie plażowanie. Też tak macie, czy lubicie wylegiwać się zupełnie nic nie robiąc? Co zabieracie ze sobą na plażę?

kapelusz – bitsandpiecestogo; koszyk – Sinsay; okulary – Ray Ban Icons (tutaj); klapki – Renee mega wygodne (tutaj)