Azjatycki Czwartek #2 – najpiękniejsze miejsce na Krabi, Sylwester na plaży w Patong i rekord świata w blogowaniu!

Styczeń 5, 2017 10 komentarzy

I tak oto dobrnęliśmy do drugiego w moim życiu odcinka tygodnika. Zdradzę Wam w tajemnicy, że jest to pierwsza rzecz w życiu, jaką mam szansę robić regularnie. Zwykle mój słomiany zapał prowadzi do porzucenia wszystkich genialnych myśli już na starcie. Teraz jednak mam plan i mam w planie ten plan zrealizować, jakkolwiek to brzmi. Łatwiej mi realizować obietnice złożone publicznie, a publikę mam już całkiem sporą, ale o tym może za chwileczkę. Ostatni tydzień był zupełnie wyjątkowy, trochę szalony, trochę smutny a trochę przepiękny. O większości opowiem Wam w skrócie, o niektórych rzeczach napiszę na pewno dłuższe posty. Co się działo?

Pojechaliśmy do Phuket Town

Pierwszy raz w Phuket Town byliśmy rok temu i odwiedziliśmy wtedy tylko dwa miejsca. W tym roku poświęciliśmy centrum Phuket trochę więcej uwagi, zobaczyliśmy lokalne stare miasto, odwiedziliśmy ponownie Big Buddę, byliśmy na Małpim Wzgórzu i na nocnych, ulicznych marketach. Jako że Bang Tao jest raczej nudne i każda atrakcja turystyczna w Phuket jest na wagę złota, postanowiliśmy w ostatnim tygodniu pokazać Ani co warto odwiedzić w Phuket Town. Pojechaliśmy więc ponownie na Monkey Hill, gdzie znudzone życiem małpki czekają na foodtrucki o nazwie „biali turyści”. Małpy jak małpy, nie okazały nam większego zainteresowania, za to nam zaparł ponownie dech w piersiach na ten widok:

Zdałam sobie też sprawę z tego, jak bardzo tęsknię za europejskimi śniadaniami, dlatego pozwoliliśmy sobie na nienormalnie drogie (jak na tajskie standardy) pancakes i smakowały jak niebo w gębie! Jedyne co udaje nam się przyrządzić w naszym mieszkaniu w Bang Tao to kanapki z szynką i sałatą z warzywami w zapiekanym chlebie tostowym. Ogólnie jeśli chodzi o najważniejszy posiłek dnia, to w Tajlandii mają marną ofertę. Mam wrażenie, że tajowie zaczynają dzień od zupy i barbecue. A co do zupy, to odkryliśmy z Anią fenomenalną knajpę, gdzie za 3 zupy ryżowe z kurczakiem płaci się 60 bahtów, za jedną zupę z makaronem i kurczakiem 60 bahtów, a za dwie zupy ryżowe z kurczakiem (zgadujcie…) 60 bahtów. Chyba opłaca się wpaść do tej Pani na zupę całą rodziną.

Odwiedziliśmy również Buddę (Big Buddha Phuket), czyli kolejny wielki posąg-świątynię tym razem siedzącego, Buddy. Siedzi w tym samym miejscu, co rok temu i mówi, że u niego bez zmian:

Ale w sumie, gdybym miała taki widok jak On, też nie chciałoby mi się ruszać:

Byliśmy na Phi Phi

Odwiedziliśmy piękną wyspę Phi Phi, gdzie przepuściliśmy więcej kasy, niż budżet zakładał. Ale było warto! Widzieliśmy prawdziwie rajskie plaże, więcej małp i naciągaczy niż na półwyspie. Post o Ko Phi Phi jest już gotowy i czeka na publikację (najpierw muszę ogarnąć Bangkok i Kambodżę). Zdradzę Wam, że to będzie najpiękniejszy post w całej historii bloga! Nie mogę się już doczekać, aż Wam go pokażę. Póki co nie chcę spoilerować, zostawiam tylko mały sneak peak.

Spędziliśmy Sylwestra na plaży w Patong

Impreza Sylwestrowa, ostatni wieczór w powiększonym składzie. Najgorszy makijaż mojego życia za sprawą braku nosa. Spaliłyśmy sobie twarze na rejsie, w związku z tym mnie zeszła skóra z nosa, a Ani z nosa oraz bonusowo z czoła. Próbowałyśmy zakryć to makijażem i nie był to dobry pomysł. Pogrążyłyśmy się dodatkowo usiłując ratować sprawę bronzerem. Wyglądałyśmy raczej śmiesznie, ale co tam, warto było. Postawiliśmy na imprezę w Patong, czyli najbardziej imprezowej plaży w całym Phuket. Zwykle omijamy szerokim łukiem to miejsce, jak na parę starzejących się pierników przystało. Wieczór wolimy spędzić w restauracji czy na spacerze, zamiast w nocnym klubie. Ale Sylwester jest raz w roku, więc trzeba się bawić. W zasadzie to jest główny powód dla którego nie przepadam za tą imprezą, bo to takie wymuszone świętowanie. Chyba nigdy nie byłam na dobrej, fajnej imprezie z okazji Nowego Roku, a Wy? Wracając myślami na plażę, powiedziałabym, że fajerwerków nie było, ale nie mogę, bo akurat były. Urządziliśmy sobie spacer po barach i kebabach, zebraliśmy mnóstwo komplementów i zaproszeń na ping pong show. O północy całe chyba Phuket zebrało się na plaży, żeby podziwiać pokaz fajerwerków i życzyć sobie wzajemnie szczęśliwego Nowego Roku. Sprzedawcy lampionów wygrali życie, bo każdy niemal chciał skorzystać z możliwości puszczenia w niebo swojego noworocznego życzenia. Tutaj na zdjęciu po lewej, na niebie, nie błyszczą się gwiazdy tylko właśnie życzenia noworoczne w formie lampionów. Kto oglądał mojego snapa ten wie, że Aniamaluje też puściła swój (a nawet dwa). A moje życzenie? Moje życzenie już się w zasadzie spełniło. W Sylwestra odpaliłam bloga i co się okazało?

Pobiliście wszelkie rekordy oglądalności i znokautowaliście moje Google Analytics

Doprowadzając mnie do łez wzruszenia i ostatecznej ruiny makijażu. W samym tylko grudniu, który przecież upływa pod znakiem przygotowań do świąt, a nie czytania blogów (tym bardziej, że na moim świątecznych tematów nie było) odwiedziło mojego bloga 140 tysięcy ludzi wyświetlając go ponad 300 tysięcy razy. Wow! Nawet nie macie pojęcia, ile to dla mnie znaczy. Dziękuję! Jedyne co chciałabym w tym roku zmienić to liczbę komentarzy pod postami (bo jest ich strasznie mało, a często dostaję od Was wiadomości na snapie czy facebooku dotyczące nowych wpisów, tymczasem z Waszych komentarzy, często trafnych i merytorycznych, mogłyby przecież skorzystać kolejne osoby czytające dany wpis, proszę pomyślcie o tym) i może czas spędzony na stronie, chociaż wiem, że to wina moich krótkich wpisów. Nie da się dłużej niż minutę oglądać czyjąś nową stylówkę, zdaję sobie sprawę, że nie jest to szczególnie porywające, dlatego wpisów z samymi zdjęciami jest coraz mniej. W tym tygodniu pojawiły się dwa nowe teksty:

Weekend w Kuala Lumpur – co zobaczyć i gdzie zjeść oraz

Jazda na słoniu, czyli bardzo kontrowersyjny tekst o elephant trekkingu. Pozwoliłam sobie w nim na małe badanie internetowych obrońców praw pokrzywdzonych. Pod tym tekstem, zarówno na blogu jak i na facebooku, pojawiło się kilka komentarzy uświadamiających mnie, jak przyczyniłam się do cierpienia zwierząt. To i tak mniej, niż się spodziewałam. Wpis został wyświetlony (do dzisiaj) kilkanaście tysięcy razy. Na samym jego końcu umieściłam baner z linkiem śledzącym. Baner kierujący na stronę Unicefu opatrzyłam krótkim komentarzem zachęcającym do pomocy głodnym dzieciom i wsparcia organizacji symboliczną kwotą 12 zł. Jedna osoba postanowiła nieść realną pomoc. Oczywiście nie znam jej danych, ani nie wiem jaką kwotę zdecydowała się poświęcić i nie ma to dla mnie znaczenia, baner pozwolił mi tylko sprawdzić ilość przejść prowadzących do darowizny. Wyniki są jednak ciekawe, prawda?

Przy okazji mam do Wam prośbę – wiem, że ufacie mi na tyle, że często decydujecie się na zakup produktów z mojego polecenia. Od 6 lat nie zawiodłam i mam nadzieję, że nigdy nie zawiodę Waszego zaufania. Wszystkie reklamy na stronie, czy to ulokowane w tekstach czy w postaci banerów, są dobierane przeze mnie osobiście i jak widzicie, nie wszystkie są nawet komercyjne. Nie poleciłabym Wam nigdy żadnych towarów ani usług, do których sama nie byłabym w 100% przekonana, dlatego proszę Was o trwałe wyłączenie adblocka na mojej stronie. Nie proszę Was o klikanie w banery, które Was nie interesują, ale z adblockiem nie będziecie nawet mieli możliwości się przekonać, czy coś Wam się podoba. Pieniądze zarobione z reklam mogę przeznaczyć na dalszy rozwój bloga, jak choćby na wsparcie techniczne, nowy sprzęt czy nawet nowy szablon. Nie mam też zamiaru zwiększać ilości reklam na stronie, więc na pewno nie poczujecie się zaspamowani. Dajcie mi też znać, co sądzicie o banerach, które już się pojawiły i czy w ogóle je zauważyliście.

Pożegnaliśmy Anię

Ania wyjechała nad ranem, w nowy rok, w zasadzie prosto z plaży na lotnisko. Popłakałam się drugi raz (i w dodatku zabrała ze sobą słońce z całego regionu!). Już za nią tęsknimy, bez niej zrobiło się jakoś tak nudno w tym Phuket. Dlatego właśnie…Kupiliśmy kolejne bilety! Już za tydzień ruszamy znowu w świat. Nie mogę się doczekać! Przed nami jeszcze jeden fajny projekt w Phuket, z którym dopiero raczkujemy, ale ćśśś, nic nie zdradzę!

Nowy rok nowy szablon

Wraz z nadejściem nowego roku poczułam ochotę na zmiany. Nowy wygląd bloga będzie (mam nadzieję!) bardziej czytelny. Proszę Was jeszcze o odrobinę cierpliwości, ponieważ nowy szablon wprowadziliśmy dzisiaj i ma on jeszcze sporo niedociągnięć. Noworocznie witamy również nowy formularz komentarzy, który pozwoli Wam na wygodniejsze wyrażanie opinii. Zacznijmy od tego: bardzo Was proszę, jeśli widzicie jakieś błędy w nowym szablonie, albo jeśli coś Wam się nie podoba, jest nieestetyczne, czy ogólnie coś byście w nim zmienili czy dodali, dajcie mi znać w komentarzach. Będziemy pracować nad tym, żeby ten szablon służył jak najlepiej Wam i mnie.

Zaliczyliśmy pierwszą w życiu imprezę couchsurferów (nie będąc couchsurferami)

Szukając przygód i rozrywek trafiliśmy na couchsurfingowe forum i wbiliśmy się na imprezę. Nie tyle może imprezę, co na spotkanie o zachodzie słońca przy dobrym jedzeniu i drinkach. Jak tam sie znaleźliśmy? No więc przed wylotem do Azji założyłam sobie konto na couchsurfingu. Od razu dostałam kilkanaście zapytań od (głównie) samotnie podróżujących i całkiem przystojnych facetów, więc moją karierę na tym serwisie zakończył mój narzeczony po 24 godzinach. Założyliśmy konto na niego i do dziś nie mamy tam żadnego zapytania (przypadek? nie sądzę!). Plus tego wszystkiego jest taki, że spędziliśmy wczoraj miły wieczór z amerykańskim małżeństwem i sympatycznym Hiszpanem w pięknym miejscu z cudownym widokiem (fotki poniżej). A za moment uciekamy na kolejne spotkanie z nimi i lekcję wakeboardingu. Podróżowanie jest super!

Podsumowując, to by chyba najlepszy grudzień w moim życiu, nie tylko blogowo, ale i prywatnie. To w dużej mierze Wasza zasługa, bo nie byłoby mnie tutaj, gdybyście nie chcieli tego wszystkiego czytać. Jestem Wam ogromnie wdzięczna i cieszę się, że udało mi się zgromadzić wokół siebie tak fantastycznych czytelników. Życzenia dla Was umieściłam w Sylwestra na Snapchacie (aleksandranaj), ale zdaję sobie sprawę, że snap to rzecz ulotna, więc powtarzam najważniejsze: zmieńcie swoje marzenia w cele i pracujcie wytrwale nad ich osiąganiem. Życzę Wam, żeby 2017 był Waszym najlepszym rokiem dotychczas, a później żeby każdy kolejny był lepszy od poprzedniego. Ale na to już musicie sami zapracować. Jeśli chodzi zaś o mnie… Jedynym moim postanowieniem na 2017 rok jest cały czas dążyć do poprawy jakości wpisów i bloga, żeby razem z Wami osiągnąć jeszcze więcej. Planów blogowych na ten rok mam tyle, że mogłabym o nich opowiadać godzinami. Zamiast gadać, zabieram się jednak do roboty!

Follow my blog with Bloglovin