Azjatycki Czwartek #11 – dzikie węże i długie włosy – co z tego wynikło?

Marzec 23, 2017 7 komentarzy

Na początku wyjazdu dziwiłam się, że mając taki kraj i taki potencjał Tajowie są tacy trochę, wiecie… leniwi. Potem przeżyłam szok związany z tym, że większość społeczeństw w tym regionie zachowuje się podobnie. Po prawie pięciu miesiącach wiem dlaczego. Ten klimat rozleniwia i to rozleniwia potwornie. Po tylu tygodniach w upale z wilgotnością na poziomie 80% jedyne czego pragniesz po wyjściu z domu (jeśli w ogóle z niego wyjdziesz) to walnąć się w cieniu pod pierwszym lepszym drzewem i spać. Ewentualnie sączyć wodę z lodem przez różową słomkę. Z perspektywy czasu podziwiam Tajów, że jednak czymśtam handlują, cośtam robią. Może niezbyt wiele ale jednak wykazują jakąś aktywność. Może nie cechują się ogromną inteligencją, może nie są najbardziej ambitnymi ludźmi jakich poznałam, ale… ale może im tyle wystarczy? Nie mnie to oceniać, pozwolili mi żyć w swoim kraju, byli dla mnie mili i zawsze w miarę swoich możliwości pomocni, a jak się przekonałam w Hong Kongu – to już jest bardzo dużo. Jestem więc wdzięczna za tę piękną zimę, jaką tu spędziłam i za wszystkie nowe rzeczy, jakich doświadczyłam, ale z drugiej strony… trochę się cieszę na powrót do Europy. Pamiętam kopa motywacyjnego jakiego dostałam w listopadzie, po przyjeździe tutaj. Wciąż mam w głowie i na dysku wiele tematów do omówienia, tysiące pomysłów na to, co chciałabym Wam powiedzieć, ale jakoś brakuje mi siły i ochoty. Energia mi się skończyła. Kiedyś myślałam, że plaża i morze to jedyne czego w życiu potrzebuję i mogłabym tak leżeć bezczynnie całymi dniami. Jednak nie, jednak potrzebuję zmiany. Nowych doznań. I wiem, że po miesiącu w domu znowu będę chciała wyjechać (na szczęście zapobiegawczo zaplanowałam już dwa kolejne wyjazdy). I mam nadzieję, że zmiany przywrócą mój zapał do pracy, bo bez pracy nie ma kołaczy ani kawy ze Starbunia.

Tymczasem muszę się trochę usprawiedliwić – nie tylko moje lenistwo było przyczyną spadku aktywności na blogu. Prawie wszystkie sprzęty mnie już zawiodły. GoPro przestało nagrywać filmy (nagrywało, ale po 20 max 40 sekundach kamera się wyłączała), w aparacie zepsuł się obiektyw zmiennoogniskowy, a zapasowy iphone przestał działać już w zasadzie na samym początku wyjazdu. Kto śledzi mnie na snapchacie (aleksandranaj) ten wie, jakim wyzwaniem okazało się być kupno zwykłej karty pamięci do gopro. Udało się w chyba jedenastym punkcie i kamera chyba działa ponownie. Niestety nie było jej z nami podczas nurkowania z rekinami na Payar ani w Khao Sok, gdzie przydałaby się najbardziej. Ale właśnie, miałam opowiedzieć Wam o minionym tygodniu!

To był ostatni tydzień, jaki spędziła z nami Ania. Oznacza to że zaczął się też nasz ostatni miesiąc w Tajlandii i postanowiliśmy wycisnąć z niego ile się tylko da. Podczas tego tygodnia udało nam się pojechać jeszcze raz na Koh Yao Noi. Poprzednio popłynęliśmy tam kręcić wideo narzeczeńskie z Kubą, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się przenieść na Koh Yao Yai. Tym razem zostaliśmy na Noi i odkryliśmy kilka świetnych miejsc, które opiszę Wam pewnie w zbiorczym wpisie na temat wysp w zasięgu Phuket. Dziś powiem tylko tyle, że to piękna, dzika wyspa, na której można poczuć tajską przyrodę dosłownie na wyciągnięcie ręki:

Nie chcę wiedzieć co to za gatunek i jak bardzo jest jadowity. Bardzo bym chciała żyć w słodkiej nieświadomości, dlatego proszę nie mówcie mi nic na ten temat 😀 Tego gościa wypatrzyła na dachu restauracji Ania i w jej tygodniku możecie zobaczyć go na większym zbliżeniu. Ja ze swoją „spostrzegawczością” wątpię, żebym dostąpiła zaszczytu poznania tego zielonego gada. W ogóle widzicie jaki on jest długi?

Po Yao Noi odwiedziliśmy jeszcze Coconut Island, ale było to jedno wielkie rozczarowanie. Ktoś chyba nas naciągnął, bo w Internetach wyczytaliśmy, że można dopłynąć tam łodzią z portu i korzystać z plaży. Tymczasem wpakowano nas na motorówkę i zawieziono do „Coconut Village” czyli resortu pełnego pijanych Rosjan i policzyli sobie za to ponad 40 zł od osoby. Widoki na miejscu były piękne, choć niezbyt różniące się od innych tajskich wysp, a jedyną frajdą, jaką mieliśmy na wyspie był basen ze zjeżdżalnią.

A że wrażeń było nam mało, postanowiliśmy ostatni weekend we trójkę uczcić nad tajskim jeziorem Khao Sok. To rezerwat znajdujący się nad jeziorem w górach, w totalnej dżungli. O tym doświadczeniu koniecznie muszę napisać tekst (kto mi da motywacyjnego kopa w dupkę?). Przeżyłam tam najgorsze chwile grozy w życiu, ale myślę, że to miejsce będę wspominać nawet za 40 lat. Nigdy nie zapomnę ani tych widoków, ani strasznych rzeczy jakie tam widziałam.

Tydzień zakończyłam masażem, połączonym z fryzjerem, bo Panie masażystki były tak zachwycone moimi włosami, że postanowiły mnie uczesać i cały czas upewniały się, czy Ania widzi jak nierealne są te włosy. Mam wrażenie, że jestem niedostatecznie wdzięczna za to, czym natura mnie obdarzyła, bo na swojej głowie nie widzę nic niezwykłego i byłam trochę zmieszana i wręcz zawstydzona zachwytem pań w salonie. Natychmiast dopadły mnie wyrzuty sumienia, bo chwilę wcześniej byłam zła, że dałam się namówić na masaż olejkami mając świeżo umyte włosy (tym bardziej, że nie przepadam za masażami i nie sprawia mi to przyjemności). A te panie były takie zadowolone z siebie! Taki warkocz stworzyły:

Tak aktualnie wyglądają moje włosy i wydaje mi się, że czas najwyższy pozbyć się kilku centymetrów. Wpis o mojej aktualnej pielęgnacji włosów znajduje się tutaj.

Linki tygodnia

Na Aliexpress ruszyła promocja – jeśli nie masz tam jeszcze konta zarejestruj się przez mój link polecający i ściągnij aplikację mobilną, a dostaniesz 5$ na zakupy przez apkę. Na początku nie byłam przekonana do aplikacji mobilnej, a teraz wolę robić zakupy tak, niż przez stronę. Zobacz 100 pomysłów na to, co zamówić z Aliexpress i 10 rzeczy, które doszły do mnie ostatnio z realnymi zdjęciami.

Na blogu pojawił się bardzo ważny tekst o moich wrażeniach po przeczytaniu historii dziewczyny, która uciekła z Korei Północnej. Przeczytajcie go tutaj i ustosunkujcie się w komentarzu, bardzo proszę. Warto przekazywać dalej takie informacje, tymczasem jak widzę, najwięcej komentarzy na moim blogu napisali jak dotąd obrońcy uciśnionych chińczyków, którzy najwyraźniej nie mają ochoty bronić tych, którym pomoc naprawdę się należy.

W McCafe ruszyła znowu promocja „szklanka gratis”. Pamiętacie ile radości sprawiało w dzieciństwie posiadanie kolorowych szklanek Coca Coli? Macie jeszcze jakieś w domu? Po kliknięciu w link poznacie szczegóły promocji: Szklanki McDonald’s już dostępne! Zbierz całą kolekcję! Można też zabić nudę grając na szklankach i ćwiczyć pamięć. Do ilu nutek dojdziesz?

Ponownie ruszył też Konkurs MOJA NIVEA. Weź udział! Bo nie wiadomo kiedy będzie kolejny. To chwila roboty, a jak obie dobrze wiemy, kosmetyków nigdy nie jest zbyt wiele.

O tym jak szkodliwe jest kupowanie podrabianych produktów. Lektura obowiązkowa!