10 powodów dla których nigdy nie wrócę do Chin

Luty 20, 2017 42 komentarze

Póki co blogowanie w podróży nauczyło mnie jednego – posty trzeba pisać natychmiast, wtedy i dokładnie wtedy, kiedy przychodzą Ci do głowy. Nieważne, czy lecisz samolotem, czy jedziesz pociągiem, czy czekasz w kolejce z tysiącem bekających chińczyków. Musisz nosić ze sobą tablet, albo najlepiej komputer, usiąść i pisać. Inaczej, kiedy emocje opadną, z Twojego pomysłu na tekst nic już nie zostanie. Nigdy już nie napiszesz tego wpisu, przepadnie.

Kilka dni po powrocie z Hong Kongu siedzę i staram się odtworzyć emocje, jakie towarzyszyły mi w Chinach, ale wiecie co? Straciły już swoje kolory (w sumie to całe szczęście). Czasem żałuję, że nie jestem youtuberką, nie nagrywam wszystkiego lustrzanką w doskonałej jakości bo tylko w takiej formie mogłabym Wam przekazać wszystko to, co usiłuję napisać. Prawda jest jednak taka, że z trudem radzę sobie przed obiektywem snapchata, więc vlogerka byłaby ze mnie marna. Moja mała, aczkolwiek bardzo zintegrowana grupa odbiorców na Snapchacie czeka na ten tekst od kilku dni, więc postaram się jeszcze raz wczuć w chiński klimat i powiedzieć, dlaczego w Chinach było beznadziejnie, dlaczego nigdy tam nie wrócę i dlaczego nie chcę więcej widzieć chińczyków na oczy (eh, marzenie, przecież oni są WSZĘDZIE). Przede wszystkim polecam jednak wszystkim zainteresowanym oglądać na bieżąco. Mój nick na snapie to aleksandranaj.

Post zilustrowałam zdjęciami pięknego, mimo wszystko Hong Kongu. Wszystkie robiłam iphonem.

  1. Chińczycy to tępe strzały

Zaczynamy więc z grubej rury. Chińczycy dzielą się na dwie grupy – kompletnych debili i normalnych, przeciętnie inteligentnych ludzi, którzy debili udają. Jak ich rozpoznać? Nie wiem. Wiem tylko, że dopóki się z czajnikiem zgadzasz, a najlepiej nic od niego nie chcesz, wszystko jest w porządeczku. Jeśli tylko masz jakiś problem albo coś Ci się nie podoba, to chińczyk przywraca swoją domyślną minę pod tytułem „tęsknię za rozumem” i odpowiada Ci jedynie wymowne „EEEEEE?!”. Co ciekawe oboje mamy podobne doświadczenia również w pracy (zdalnej i stacjonarnej) z Chińczykami. Dopóki wszystko idzie po ich myśli, komunikacja idzie wyśmienicie. Jeśli natomiast pojawia się rozbieżność w poglądach – eeee? Ming nie rozumie po angielskiemu!

Ming również nie wypuszcza z ręki telefonu. Zastanawiałam się czy to jest bardziej przejaw ich głupoty czy bardziej kolejny punkt na tej liście i zdecydowałam się jednak umieścić go tutaj. A więc przeciętny chińczyk czy też chinka nie rozstaje się ze swoim smartfonem. Idzie chodnikiem wpatrzony w ekran, zatrzymuje sie na środku schodów żeby odpisać na wiadomość, przy okazji kompletnie tarasując przejście innym Mingom, wpada na ludzi i odbija się od nich jak kauczukowa piłeczka, robiąc przy tym minę taką, jakby był w totalnym szoku, że oprócz niego ktoś jeszcze przemierza ten sam chodnik, potyka się o własne nogi, wpada na przeróżne przedmioty i dalej gapi się w telefon. Przynajmniej do momentu kiedy z tym telefonem nie wlezie pod rozpędzoną taksówkę.

  1. Internety na wiadra

W Chinach Internet raz jest, raz go nie ma. Najczęściej go nie ma lub jest tak wolny, że przeciętny homo europeus dostaje białej gorączki i rzuca przedmiotami. Szczególnie jeśli ma to szczęście, że pracuje zdalnie i jeździ sobie akurat po świecie.

  1. Turysto, po kij tu się plączesz

Hong Kong był do tej pory jedynym miejscem w Azji, które okazało się kompletnie, totalnie nieprzyjazne turystom. Cyrk zaczął się od razu po przylocie, kiedy to służba lotniska zatrzymywała nas kilka razy, zadając po trzydzieści razy te same pytania „pocościetuprzyjechalidocholery” i uwaga, sprawdzając CAŁĄ naszą trasę podróży (tylko i wyłącznie przypadkiem zachowałam boarding passy z lotu Phuket-Sajgon), a celnicy przetrzepali nam bagaż do samego szkieletu wrzucając po tym naszą rozgrzebaną, brudną bieliznę, białe wyprasowane koszule i lekarstwa do walizek jak do kubłów na śmieci. Zapytałam przemiłego chinola, czy wyobraża sobie, że ja to będę za chwilę prasować drugi raz. Był szczerze zdziwiony moją reakcją. Ja jeszcze nie wiedziałam o co chodzi z tym wszystkim, a wy dowiecie się w następnym punkcie…

Od przekroczenia progu lotniska do ponownego zawitania w tym przybytku zdążyliśmy zjeść odpady z ekspresu do kawy uformowane na kształt ciastek czekoladowych oraz wystawione na tacy i serwecie dla przechodniów przed restauracją. Niech głupi turysta zeżre, co sobie myśli, że darmowe chińskie ciastko dostanie? Tfu! Zdążyliśmy kilka razy zapytać o coś człowieka na służbie (to znaczy na przykład pracownika kasyna) lub też cywila, co skutkowało odwróceniem głowy i szybkim oddaleniem się pytanej osoby. Widocznie jest to naród głuchych i ślepych, bo wątpię, żeby nikt w Hong Kongu nie znał tak cennego słówka po angielsku jak toilet. Udało nam się również zostać wyrzuconym z autobusu jadącego na lotnisko z powodu zaplątanej (a raczej otrzymanej w sklepie jako reszta specjalnie i złośliwie) dziesięciodolarówki z wyspy Macau. Była to przezabawna historia, uśmiałam się do łez, mówię Wam. Za bilet na lotnisko, za światło w tunelu o nazwie „zaraz opuścisz ten spaprany kraj” trzeba zapłacić 66$ za nas dwoje. 10 dolarów z Macau jest równowarte 10$ hongkongańskich. W ogóle nie wiem czemu to jest inna waluta, skoro to nadal jest ten sam cudowny kraj. Nie wnikam. Baba za kółkiem w każdym razie była nieugięta, wrzeszczała po chińsku coś, co kolejka nagle superpomocnych czajników przetłumaczyła jako „nie macie waluty to wasz problem, won z autobusu bo wstrzymujecie kolejkę”. Żadna z osób sterczących w tej kolejce nie zgodziła się nam wymienić tej dziesięciodolarówki, mimo że Macau jest wyspą położoną o pół godziny drogi od HK i codziennie kursują tam tysiące, tysiące chińczyków. Pojechaliśmy kolejnym autobusem, wcześniej zmuszeni wypłacić 100$ z bankomatu i rozmienić te pieniądze, bo kierowca reszty nie wydaje. Za rozmienienie chiński sklepikarz liczy sobie dwa dolary. A i jeszcze jedno. 10$ hongkongańskich/macau to jest tyle ile kosztuje u nich mała butelka średniej jakości wody mineralnej. Za równowartość butelki wody warto więc w chinach potraktować turystę jak gówno.

Następnie spotkał nas szereg mniejszych lub większych nieprzyjemności z których jasno wywnioskowaliśmy, że turyści nie są tu mile widziani. I dobrze, bo my wcale tam wracać nie zamierzamy, jest tyle wspanialszych azjatyckich krajów, w których ludzie nie tylko z radością przyjmą nasze wydane pieniądze ale i świetnie je spożytkują, a my w zamian dostaniemy najwyższej jakości produkt lub usługę, a nie taką mejdinczajna. Chin nam do szczęścia nie potrzeba!

  1. Chińczycy to obrzydliwe brudasy

Nie myją się, rzadko zmieniają ciuchy, w metrze bije gnojówką, w zębach noszą resztki obiadu sprzed tygodnia zachowane na czarną godzinę (a nóż znów przyjdzie wielki głód…), plują pod siebie, połykają własne gluty, jedząc w restauracji plują jedzeniem dookoła, wszędzie gdzie się pojawią zostawiają syf, smród i zafajdane pieluszki (to w HK, bo podobno w Chinach „właściwych” nie ma tego problemu, gdyż dzieci zamiast pieluszek mają dziurę w majtkach i robią pod siebie, nie ważne czy na chodnik, czy w restauracji). Wielu mężczyzn (podobno głównie z prowincji) nie obcina paznokci u rąk aby podkreślić, że ich dłonie nieskalane są pracą fizyczną. Tymi pazurami dłubią sobie w różnych częściach ciała. Widziałam na własne oczy. Mam kontynuować? Bo mogę tak długo! Pragnę również podkreślić, że to nie są pojedyncze zachowania jednostek, tylko powszechne praktyki spisane podczas 4-dniowej obserwacji. Boje się pomyśleć, co bym zobaczyła, gdybym nie daj Panie Boże została tam choćby jeden dzień dłużej.

  1. Kultura jedzenia

Jest to podpunkt ściśle powiązany z punktem czwartym bowiem składa się na całokształt wizerunku chińskiego człowieka. Otóż, w tej całej swojej fascynacji Europą i europejskością Chińczycy zapomnieli skopiować od nas jednej ważnej rzeczy – a mianowicie podstaw kultury. Nieobce im jest siorbanie i ciamkanie, co w zasadzie można jeszcze znieść. Ale puszczanie bąków, bekanie pomiędzy kęsami a także dosalanie sobie potrawy kulkami z glutów, które właśnie wydłubało się z nosa raczej odbiera apetyt normalnemu człowiekowi, prawda?

  1. Chińczycy kochają podróby

Ten jedyny w swoim rodzaju naród kompletnie nie zna pojęcia własności intelektualnej. Nic dziwnego skoro pojęcie kreatywności również jest im obce. Najwyraźniej również nie znają poczucia żenady skoro nie tylko ochoczo kopiują wszystko co im w małe rączki wpadnie (najchętniej dobra z Europy) ale i z dumą prezentują podróbki w swoich wyjątkowych stylizacjach. Czasem zastanawiam się, czy dana chinka w ogóle wie, jaką „markę” nosi, czy jest jej totalnie wszystko jedno, a może uważa, że to oryginalny, chiński produkt. Zapytałabym, ale tak złożone zdanie najpewniej wywoła u niej falę paniki.

A więc ulice w Hong Kongu, raj na zakupy powiadasz? Butik z podrabianymi torebkami trzy kroki od butiku Louis Vuitton? Nie ma najmniejszego problemu! Nagabujący przechodniów śniadzi przybysze oferujący turystom „kopirolex” albo „kopibag”? Mówisz masz! W dodatku są bardzo sprytnie rozstawieni, tak co 10 kroków, na wypadek gdybyś skończył odpędzać się od jednego takiego i nagle zmienił zdanie.

Jeśli natomiast nie przyjechałaś do Chin po udawanego rolexa czy też kopię torebki, którą niby chciałabyś mieć, ale 10 razy taniej, bo po co przepłacać, zawsze możesz kupić kosmetyki znanych marek po taniości. Czyli takie Tony Moly tylko mejdinczajna. Opatrzność nade mną czuwała i zanim wybrałam się na kosmetyczne zakupy doedukowałam się w blogosferze. Otóż kosmetyki made in China to coś czego bezwzględnie należy się wystrzegać, gdyż to produkty gorszego sortu, z uboższymi składnikami, przeznaczone specjalnie na chiński rynek. Azjatyckie kosmetyki, na które jest taki hajp w Polsce, to kosmetyki produkowane głównie w Japonii i Korei, niech więc Was ręka Boska broni kupować chińskie podróby, bo zwyczajnie możecie się po czymś takim nie poznać w lustrze. Zawsze patrzcie na kraj produkcji.

  1. Stanie w kolejce jako sport narodowy

Nie ma takiego miejsca w Chinach, gdzie żeby się dostać nie musisz odstać swojego w kolejce. Nie ważne, czy jest to tramwaj, metro czy toaleta. Żeby dostać się do tramwaju jadącego 2 minuty na punk widokowy, a potem z tego punktu się wydostać, musisz stać w kolejce trzy razy. Raz żeby dostać karteczkę uprawniającą Cię do miejsca w kolejce do kasy (!), drugi raz w kolejce po bilet, trzeci raz na górze w kolejce na tramwaj powrotny, pod warunkiem oczywiście, że byłeś na tyle sprytny, żeby kupić od razu bilet w obie strony. Nie myśl sobie tylko, że jeśli wstaniesz odpowiednio wcześniej, unikniesz kolejek, nie nie. Zapamiętaj sobie, nie ważne o której pojawisz się w punkcie x, co najmniej setka chińczyków będzie tam przed Tobą!

Co najbardziej mnie rozbawiło, to fakt że oni kompletnie nie zrażają się tymi kolejkami, wszędzie chodzą stadami, a nawet sami się wzajemnie stymulują do uprawiania tego sportu. Przykład: rozdali darmowe losy na loterię, a kiedy przyszedł czas losowania, prowadzący grę wesoło krzyknął „a teraz ustawiamy się w kolejeczkę po kolejny darmowy bilecik”. Pytanie dla inteligentnych – jeśli wszyscy chińczycy dostali początkowo dwie karteczki, a potem każdy z nich dostał trzecią karteczkę, to czy ich szansa na wygraną uległa zwiększeniu? Według chińczyków najwyraźniej tak, chociaż przypuszczam że stali w tej kolejce bardziej na zasadzie „jeśli ja nie wezmę trzeciej karteczki, to ta zołza z przodu będzie miała większe szanse ode mnie, tfu, po moim trupie prędzej tu zgniję”.

  1. Chodzą stadami ale jednak każdy sobie rzepkę skrobie

Chińczycy obrazują w moim odczuciu pewnego rodzaju samotność w tłumie. Z jednej strony zawsze są w tłumie otoczeni grupą swoich, w końcu z kimś trzeba w tych kolejkach wystawać, a z drugiej strony… Siadają w restauracjach sami. Jedzą sami gapiąc się w komórki. Nie rozglądają się na boki, nie szukają kontaktu z drugim człowiekiem. Ba, nawet za wszelką cenę starają się go uniknąć. W fastfoodach zajmują miejsca na zasadzie „jak najdalej od siebie”. W metrze udają, że czytają gazetę, żeby tylko nikt od nich nic nie chciał. Fajnie, żyjesz sobie i masz święty spokój, z nikim nie musisz się dzielić frytkami. Ale bądź pewien, że jakby co, to jesteś zdany tylko na siebie.

  1. Hajs się musi zgadzać

Kraje południowo wschodniej Azji cechuje to, że mimo niewielkich możliwości finansowych, ludzie są tam szczęśliwi, mili i bardzo pomocni. Niektórzy mają do dyspozycji jedną miskę ryżu dziennie, a i tak się nią z Tobą podzielą. Cóż, Chiny do Azji południowo wschodniej nie należą, nie tylko geograficznie ale też i kulturowo. Chińczycy za kasę są w stanie sprzedać własne dziecko. Albo przynajmniej potraktować obcego człowieka tak, jak potraktowano nas. Nikt Ci tam za darmo nie pomoże (chyba że akurat znajdziesz imigranta z jakiegokolwiek innego kraju, to wtedy tak). Jest też oczywiście Macao, czyli wyspa kasyn. Tam chińczycy jeżdżą przewalać pieniądze w karty i na automatach. Co ciekawe, na wszystkich anglojęzycznych portalach opisana jest jako wyspa lepsza niż Las Vegas, gdzie kasyna prześcigają się w zabieganiu o względy klienta. Podobno goście kasyna mogą się najeść i napić na koszt hojnych chińskich braci i sióstr, a w każdym kasynie czekają na nich wyjątkowe upominki. Cóż, zawsze chciałam zobaczyć te kasyna więc pojechaliśmy tam. Jeśli chcecie, chętnie pokażę Wam te wyjątkowe, chińskie prezenty, obiecuję, że padniecie ze śmiechu. To jakie oni gifty rozdają turystom też jest przejawem skąpstwa i parcia na kasę. Wstydziłabym się w ogóle pisać gdziekolwiek, że robię komuś tego rodzaju prezenty. A oni jeszcze są z tego dumni…

  1. Drożyzna

Przede wszystkim muszę uczciwie zaznaczyć, że ten podpunkt może nie być obiektywny, bo odwiedziłam tylko Hong Kong i Macao, a w pozostałej części Chin ceny mogą być inne.

Nie mam kompletnie pretensji do świata o to, że miasta które odwiedzam są czasami drogie. Singapur był cholernie drogi. Barcelona do tanich też nie należy. Ale do cholery nie lubię przepłacać za coś, co nie jest tego warte. A Hong Kong nie jest wart swoich cen i płacić kosmiczne ceny za jedzenie czy nawet wodę w podrzędnych knajpach pełnych mlaszczących chińczyków to jest już przesada. Większość posiłków zjedliśmy w McDonaldzie, chociaż i tam płaciliśmy sporo za śmieciowe jedzenie. Bardzo lubię chińską kuchnię, ale po tym jak pierwszego dnia zapłaciłam 50 zł za malutkiego wontona na stoisku w centrum handlowym, zupełnie mi się jej odechciało. Tym bardziej, że w tej cenie najem się do syta w Kuala Lumpur w restauracji, która może poszczycić się gwiazdką Michelin. Nie wspomnę już, że za norę sypialną wielkości klatki mojego nieżyjącego już chomika, która w dodatku znajdowała się w hinduskim gettcie (kto ze snapa, ten wie) zapłaciliśmy ponad 700 zł. Panie i Panowie, Chinom już dziękujemy!

Słowem podsumowania i cytując poniekąd dziewczyny z Almost Paradise, Chiny byłyby piękne, gdyby nie było tam chińczyków. Hong Kong ma potencjał i gdyby tylko społeczeństwo było bardziej przyjazne turystom, a ceny chociaż trochę niższe, to myślę, że europejczycy chętnie by do nich przyjeżdżali. Niestety, przeciętny Chińczyk jest świadomy tego, że europejska gospodarka uzależniła się od chińszczyzny, więc turystyka i turyści wiszą im i powiewają. Traktują przyjezdnych jak śmieci bo wiedzą, że w ich chińskim świecie nic to nie zmieni. Wiem, że skala wpływu rynku chińskiego na nasz jest ogromna i ten proces jest już nie do zatrzymania, ale aktualnie wiedząc jak czajniki tratują europejczyków nie mam zamiaru ich wspierać bo zwyczajnie na to nie zasługują. Dlatego po powrocie do Warszawy obiecuję zacząć sprawdzać kraj produkcji wszystkiego co kupuję i przynajmniej starać się ograniczyć wspieranie ludzi, którzy tego wsparcia otrzymać nie powinni.

Nie żałuję jednak, że do Hong Kongu poleciałam, bo gdybym nie zobaczyła tego wszystkiego na własne oczy, nikomu bym nie uwierzyła, a Chiny pozostałyby dla mnie sferą marzeń.

Na sam koniec chciałabym polecić Wam kilka wartościowych blogów, które poruszają tematykę Chin. Głównie dlatego, że podoba mi się, jak są prowadzone, trochę też z powodu tego, że gdybym znała je wcześniej, byłabym lepiej przygotowana psychicznie na to co mnie spotkało, a odrobinę po to, żebyście wiedzieli, że nie jestem sama ze swoją opinią i nie wzięli mnie za szurniętą rozpuszczoną lalę, która wygrała życie na loterii i jeszcze jej się coś nie podoba. Zajrzyjcie więc koniecznie do:

Nomoremaps.com (szczególnie wpis o powodach wyjazdu z Chin).

Almostparadise.pl (szczególnie polecam wpisy chińskie metro oraz obrzydliwe nawyki chińczyków).

Bardzo znany kanał na YT prowadzi również Weronika Truszczyńska, uwielbiam jej słuchać, ma super ciekawe tematy.